Hop Cycling - Nierzetelne testy, męczące trasy, przepłacone rowery, niepotrzebne gadżety.

ŻTC Góra Kalwaria – syndrom sztokholmski trwa


Syndrom sztokholmski
– stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażający się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi. Może osiągnąć taki stopień, że osoby więzione pomagają swoim prześladowcom w osiągnięciu ich celów

 

Rok wcześniej ten wyścig wyglądał tak: GÓRA KALWARIA 2013 (w linku 2x video: cała pętla + przyspieszona cała pętla)

 

Niedzielny poranek, wyglądam przez okno – jest jakieś 30 stopni i jedna, jedyna chmurka na niebie, która po chwili okazuje się po prostu brudną szybą. Na fejsie zdjęcia porozbijanych parawanów gdzieś nad morzem, plażing, smażing, niechciane zdjęcia z nocnych imprez… oczywiście żartuję. Wiadomo, że to jeden z najważniejszych dni w roku na lokalnym podwórku i nikt poważny nie będzie sobie zawracał głowy wakacjami. Chyba, że ci nieszczęśnicy, których BMI przekracza 20, nogi porośnięte są włosami, a oczy przekrwawione nie od pędu powietrza, a od nocnych eskapad. Ale to nie jest wpis o nich.

 

DSC05263

 

Coroczna bitwa o Górę Kalwarię właśnie się rozpoczyna. Tegoroczna jakby ciekawsza, bo tak na oko jest z milion stopni. Naprawdę, milion albo nawet trzy. Ośka będzie chciała wygrać na swojej trasie, V-MAX pokazać, że jest najmocniejszy, a We Ride, że poranne klepanie Słomczyna daje dobrą nogę. Ja jak zwykle, chciałbym się zabrać w ucieczkę, z którą nie dojadę do mety, bo strzelę jak gumka, ale dzięki której wpadnę na solo gdzieś pomiędzy zwycięzcami a peletonem. Taka samotna chwila chwały. Może ktoś na mecie przegapi zwycięzców i pomyśli, że wygrywam. Dostanę też zdjęcie zapewniające dozgonny splendor. Dla niewtajemniczonych, krótka alegoria dlaczego to właśnie TEN wyścig budzi tyle emocji.

 

DCIM100GOPROG0016822.

 

Pod domem jest piaskownica, codziennie po pracy (a czasami nawet przed) bawimy się w niej z kolegami, czasami sami. Testujemy tam nowe grabki, nowe łopatki, nowe mierniki wilgotności piasku, z których wyliczymy potem jak duże wieże może mieć nasz zamek zanim przedwcześnie runie. Nowe karbonowe wiaderko przyda się w przyszłym miesiącu, gdy pojedziemy na plażę – doniosę więcej piachu, mniejszym kosztem. W necie się śmieją, że nawet na budowach nie mają takich zaje* wiaderek, więc po co nam to. Połowa z tych rzeczy jest pewnie lekko mówiąc średnio potrzebna, ale skoro możemy sobie kupić i daje to frajdę to czemu nie. To chyba najlepszy sposób wydawania pieniędzy, a na pewno najprzyjemniejszy. Jeśli ktoś uważa, że można to samo robić samymi rękami (ewentualnie nosząc piach w koszulce zwiniętej na brzuchu) to oczywiście ma rację, ale podobnie ludzie mówili pewnie o pojawiających się samochodach, gdy sami jeździli konnymi powozami. Robimy w końcu dobry uczynek napędzając przemysł kolarski. I nagle na naszym podwórku, naszym dojo, miejscu treningów i medytacji, ktoś rzuca przypadkiem, że owszem, bawić mogą się wszyscy, ale podwórko należy do niego. Że to on jest tym podwórkowym, przygrubawym kolesiem na trzepaku, który budzi strach i szacun. Który zabiera Ci kanapkę i nowego Gameboya. Gdybyśmy byli w Japonii, odpowiedź byłaby prosta: „Złamałeś święty kodeks Bushido, musisz zginąć”… i w zasadzie tu jest podobnie. Tylko zamiast katan mamy rowery, a pojedynek trwa ze 2 godziny dłużej – właśnie w Górze Kalwarii. 

 

DSC05292

 

Zacznę od końca, bo niespodzianki nie było, wyścig wygrała Ośka Warszawa, zajmując 1 i 3 miejsce na pudle. Ja nie skończyłem, podobnie z resztą jak wiele osób. Popełniliśmy seppuku – tylko takie inne – gorsze, hańbiące, bo odpuściliśmy z własnej woli. Może gdybyśmy zrobili takie klasyczne, japońskie, wrócilibyśmy z podniesioną głową. To znaczy nie wrócilibyśmy, ale głowa mogłaby leżeć podniesiona. Czy jakoś tak. Pogoda wygrała. Sporo osób wycofało się po pierwszym okrążeniu – takie z nas samuraje. Ja utknąłem gdzieś w połowie – zwolniłem po szlifie przede mną, żeby sprawdzić czy wszyscy żyją i zapomniałem, że peleton słysząc odgłosy rowerów trących o asfalt przyspiesza. Stawałem niepotrzebnie, bo skoro kolega Łukasz zdążył się zwinąć w żółwika czekając, aż ominie go grupa, to znaczy, że jeszcze kontaktował. Widać, że oglądał w necie filmy co zrobić w wypadku wybuchu bomby atomowej – pierwszy raz widziałem wzorowe „duck and cover”. A może po prostu stanąłem, bo nie mogłem się zdecydować, którą stroną to ominąć, a skakać jak Sagan nie umiem. Zapomniałem, że jestem słaby i peletonu już nie doszedłem, a sam jechać 3 okrążeń nie chciałem. Nie widziałem sensu w jeżdżeniu po dobrze znanej mi trasie, bez nadzei dogonienia kogokolwiek.

 

DCIM104GOPROG0030769.

 

Wróciłem do Łukasza. Skoro już wiem, że kolejny rok z rzędu nie wygram, to może chociaż dotrzymam towarzystwa. Wrócimy razem, uwaga skupi się na nim. Powrót na kreskę okazał się jednak minimalnie trudniejszy niż zakładaliśmy. Chęć podrzucenia autostopowicza z rowerem na ramieniu jest w narodzie raczej niewielka. Po około 10 minutach machania kciukiem jakiekolwiek nadzieje uleciały. Zaczynałem już sprawdzać ile będą go kosztowały nowe bloki w butach. I wtedy zatrzymał się przy nas uprzejmy człowiek w niewielkim aucie. Zaproponował podwózkę, wrzuciliśmy rower do bagażnika, zapytał szybko ile warte są takie rowery i pospiesznym krokiem udał się za kierownicę. Podczas, gdy ja już jedną ręką machałem odjeżdżającemu rowerowi, a drugą szukałem na allegro skąd go odkupić, Łukasz zdążył wsiąść i mimo wszystko pojechał razem ze swoim sprzętem. Wiara w ludzkość przywrócona. 

 

DCIM104GOPROG0050861.

 

Od dzisiaj, we wszelkich formularza, w polu „zawód” wpisuję: „Moja postawa w Bitwie o Górę Kalwarię w 2015r”. Sytuacji nie ratuje fakt, że po powrocie ze spuszczoną głową na mecie miałem może ze 2 atmosfery w tylnym kole. Pewnego dnia zobaczycie w TVP reklamę: „Szytki firmy X, ich nie przebije nawet ten kolarz” i moje zdjęcie z niezbyt szczerym uśmiechem. A przecież to były pancerne Tufo, nazywane powszechnie wężem ogrodowym. Miały jeździć jeden dzień dłużej niż gra WOŚP.

 

DSC05410

 

Wyścig potoczył się mniej-więcej tak samo jak zwykle. Na pierwszym kół ktoś gdzieś próbował skoczyć, ktoś go zespawał, ktoś się chciał gdzieś pokazać, nic ciekawego. Na drugim poszła ucieczka i tyle było z wyścigu. Jak peleton ogarnął kto odjechał to współpraca się zakończyła, podziękowaliśmy sobie i jeździliśmy w kółko żeby zakończyć to bezsensowne popołudnie. Coś ciekawszego działo się jeszcze pod koniec, ale ze względu na brak relacji w Eurosporcie widziałem już wszystko z perspektywy kibica na mecie. Wszyscy przyjechali zmęczeni i znacznie lżejsi.

 

DSC05288

 

Meta to całkowicie odmienny temat, tak jak kibicowanie na trasie. Dzięki temu, że jeździmy w kółko, kibice mieli minimalnie ciekawiej. Niewiele, ale i tak lepiej w ten sposób niż gdy widzi się tatę/męża przez 7 sekund na trasie, potem czeka 3 godziny żeby ostatecznie oglądać jak umiera na mecie i próbuje sprzedać rower. Nasze lokalne Alpe d’Huez, czyli podjazd pod Lipkowską w Górze Kalwarii (średnie nachylenie 6%, długość nieistotna, jednak na tyle długa, że nie da się podjechać samą siłą rozpędu) gromadzi rodziny z bidonami, znajomych, ludzi, którzy próbują przejść na drugą stronę ulicy i poległych. Z każdym okrążeniem coraz więcej. Przenośne lodówki, hektolitry wody, trochę jak drive-thru. Podjeżdżasz i słyszysz: „cola, fanta, sprite? Duże?”. Potem głośna obelga, że stojący godzinami w słońcu tylko po to, aby podać napój przekazali go niekomfortowo i znowu cisza na 15 minut. Taka to niewdzięczna rola pomocnika.

 

DSC05386

 

I można się zastanawiać po co to wszystko. Mogliśmy spędzić kolejny weekend gdzieś w Bieszczadach albo czeskich górkach, ale specjalnie dla ŻTC Góra Kalwaria zostaliśmy na miejscu. Cały wyścig trwał dla mnie jakieś okrągłe 64 minuty, choć dla niektórych 15 minut i oczywiście ograniczoną mobilność poprzedniego dnia, żeby skumulować siły i testosteron. Jaki to ma sens? Nie wiem. Nigdy nie wiem, ale pewnie za rok znowu się tam spotkamy.

 

DCIM101GOPROG0018454.

 

Do domu wróciłem świeży i czysty jak kaczuszka. Życie trochę uratowali nam strażacy, którzy rozstawili kurtynę wodną. 

 

DSC05416

 

Koniec końców skończyło się jak zwykle. Za rok to ogolimy…. wszyscy będziemy pierwsi ale ja najbardziej.

 

DCIM104GOPROG0030757.

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.