Hop Cycling - Nierzetelne testy, męczące trasy, przepłacone rowery, niepotrzebne gadżety.

Wizyta na Giro d’Italia, część 1.

Od czasu do czasu dzwoni do mnie telefon. Rzadko, ale jednak. Tym razem zadzwonił w czasie mojej normalnej, biurowej pracy. Gdy na ekranie wyświetla się od kogo, wiem już, że będzie przygoda – mam listę osób oznaczonych specjalną gwiazdką. Telefon od nich oznacza, że będę zmęczony, niewyspany i zadowolony. Od czasu, gdy w zeszłym roku kolega, podczas jednej z niczym niewyróżniających się niedzielnych tras, zapytał czy nie chcę skończyć w Alpy, a tydzień później siedziałem już na Stelvio, postanowiłem nie odmawiać na żadne propozycje wyjazdowe. Jestem przez to permanentnie śpiący, głodny, zmarznięty itp. Mam wrażenie, że wszyscy o tym wiedzą, dzięki czemu w domu spędzam weekendy bardzo rzadko. Tym razem pytanie było z kategorii tych grubszych: „Cześć Maciek, chcesz skoczyć na Giro? Przy okazji sprawdzisz nowe rowery Meridy.” – odpowiedź była oczywista, niezależnie od aktualnie posiadanego budżetu, stosunku pracy i wolnego czasu. Wiem, że nikomu nie chce się czytać wielu liter więc poniżej krótkie streszczenie. Za wyjazd bardzo dziękuję Szosie oraz Merida Polska :)

 

Hotel. 25 godzin podróży ze znajomymi z Przeglądu Sportowego, Eurosportu,  Bikeboardu oraz Meridy i jesteśmy na miejscu. W górach, pośrodku niczego. Po drodze pokonują nas bramki autostradowe, które nie wydają reszty. Nie wiem czy olewając austriacki system płatnych toalet za 50 centów na rzecz drzewek znajdujących się obok, uda mi się do końca życia odrobić tą niepowetowaną stratę.

 

DSC01336

 

Pokój. Ostatnie piętro – widok na basen, wodospad, ze 100 rowerów i… dolinkę. Pięknie, w mojej studenckiej skali przyznaję mu 7 gwiazdek na 5 możliwych. Drugiego dnia wodospad troszkę przeszkadza, trzeciego masz wrażenie, że zepsuła się spłuczka i woda ciągle leci, czwartego mózg zaczyna wycinać pewne częstotliwości.

 

DSC01324

 

Idę więc po swój rower i sprawdzam pierwszą lepszą okoliczną drogę. Do wyboru rowery na nierówne, rowery sztywne, rowery „po równo wszystkiego”, każdy z oponą 25mm. Szybko okazuje się, że hotel był dość wysoko, ale okoliczne miasteczka, idealnie wkomponowane w okoliczne górki, są wyżej. Mają też lepszy widok.

 

DSC01355

 

Jeszcze trochę podjazdu i miasteczka, które były na górze stają się miasteczkami „gdzieś tam na dole”. 6 kilogramowy rower niby podjeżdża, ale 28% podjazdy robią swoje.

 

DSC01488

Na dobranoc, główny projektant Meridy opowiada o nowych rowerach. Część osób śpi, część notuje. Za pół godziny w świat pójdzie informacja o tym, że na rynku pojawia się najlżejszy produkowany seryjnie rower. Waży koło 4,5kg. I że Lampre też jedzie na nowym modelu, ale innym. Dziennikarze się cieszą, bo ta informacja na bank dobrze się rozejdzie… to znaczy rozejdzie, jeśli uda im się znaleźć internet w tym miejscu pośrodku niczego.

 

DSC01401

 

Kolejny dzień. Znowu śniadanie i znowu prosto na rower. Tym razem w grupie. Kto pierwszy rano przy Hansie i Steffenie od serwisu, ten ma pełną możliwość wyboru – osprzęt, model, rozmiar, pedały. Z przodu auto z fotografem, więc każdy chce być zaraz za nim – górki szybko weryfikują takie pomysły. Z dwoja złego lepiej nie mieć fotki do swojego czasopisma niż mieć taką z glutem do pasa i w kolorze sino-purpurowym. Ja się załapuję na całkiem fajną… ale w pionie. Co ja zrobię z fotką w pionie?

 

DSC01465

 

Pourywaliśmy się. Grupowa jazda powróci dopiero na szczycie. Do tego czasu będziemy podążali powolnie, ze spuszczoną głową, udając, że po drodze robiliśmy zdjęcia. Albo coś innego.

 

DSC01478

 

Zakręty są ostre, droga stroma, nawierzchnia żwirowata. Od czasu do czasu pojawia się człowiek w żółtej kamizelce, którego głównym zadaniem jest przypomnieć o tym, że nadchodzi miejsce, w którym łatwo zginąć. Może to w trosce o nas, może o warte tysiące euro rowery. W każdym razie bardzo miło z ich strony. Dziennikarzom nie płacą za ryzykowanie życiem, ale szybie maszyny mają w sobie coś co zachęca do przekraczania… swoich umiejętności.

 

DSC01536

 

W końcu w mieście. W końcu czujemy się jak w domu. Jak wyjeżdżając w godzinach szczytu z Domaniewskiej. Tylko skuterów więcej. I przepisy jakby bardziej jako sugerowane zachowanie niż obowiązki. Wszędzie różowo, wesoło, tłocznie i bezstresowo. Bezstresowo dla lokalsów – jak zawsze w tych okolicach.

 

DSC01587

 

Potem już tylko 60 razy tysiąc samojebek w drodze powrotnej i jesteśmy w domu. W hotelu w sensie, na obiedzie.

 

DSC01619

 

Nieprawda, nigdy tak nie jest. Zawsze ktoś krzyknie: „Kto pierwszy przy wieżyczce ten Nibali!” Poza tym, niby na obiedzie, ale jednak nie. Po co jeść jedzenie, skoro można w tym czasie jeszcze trochę pokręcić. Uświadamiamy sobie, że nie tylko sen jest niepotrzebny, ale również jedzenie. Śniadanie, kolacja i przelotny baton powinny każdemu wystarczyć do życia. Nieważne, że w ciągu dnia spala z 5000kcal.

 

DSC01640

 

Ciśniemy więc po tych drogach prowadzących w górę i dół licząc ile mamy czasu. Zawsze można odjąć minutę mycia lub dwie, aby sprawdzić co jest za kolejnym zakrętem. Zakręty niestety się nie kończą, a nawet zmieniając windę na bieg po schodach, a mycie zębów na Mentosa, czasu nam nie starczy żeby zobaczyć wszystko co chcemy. Widoki są zbyt piękne, drogi zbyt nieuczęszczane, KOMy takie nienaruszone….

 

DSC01687

 

Ale wracając do obiadokolacji – to najbardziej radosna część dnia. 5 dań o nazwach, których przeczytanie jest zdecydowanie dłuższe niż czas ich zjadania. Łączny czas posiłku wynosi około 2 godzin. Tyle mniej więcej zajmuję kelnerom doniesienie wszystkich talerzy. Dobrym przykładem jest „Grillowany stek z tuńczyka podawany z bukietem warzyw sezonowych” (na poniższym obrazku, drugi od prawej) – myślę, że i tak zapomniałem o kilku przymiotnikach w tej nazwie.

 

IMG_0765

 

Kto jeździł kiedykolwiek rowerem ten zrozumie problem. W miejscu, w którym najbliższy sklep oddalony jest o nieosiągalną ilość kroków po całym dniu jeżdżenia i biegania, jedzenie jest kluczowe. Szybko opracowujemy więc sposób na przeżycie patrząc na leżący na stole chleb, oliwę, sól i pieprz. Odkrywamy, że chleb domawiać można w nieskończoność i pojawia się uzupełniony dość szybko. Problem talerzyków pokonujemy zamówieniem kawy, która podawana jest ze spodkiem. Nie od razu na to wpadamy – w zasadzie, dopiero gdy nasze serwetki są już całkowicie nasiąknięte oliwą i brakuje przedmiotów, które można na nie ustawić, żeby to ukryć. Aby nie robić wstydu udajemy, że jesteśmy Gruzinami. To znaczy tak nam się wydaje, bo żaden z nas nie wie jak się ich udaje, ale kelnerzy pewnie też tego nie wiedzą. Może się domyślą.

 

DSC01422

 

Potem jest już tylko lepiej, bo znajduję się w miejscu, w którym wita mnie szampan i niekończący się stół przystawek. 

 

DSC01761

 

Wszystkie są jednak nienaruszone, a to może oznaczać tylko jedno. Jest coś ciekawszego niż jedzenie i alkohol…. a to nie zdarza się często. Otóż, jestem na dachu hotelu. W centrum San Remo. Przede mną dziennikarze, pełen skład drużyny Lampre Merida. Po prawej panowie z GCN. Może być lepiej? „No nie sondze”.

 

DCIM100GOPROG0036696.

 

Koniec części pierwszej. Ciąg dalszy wkrótce…

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.