Hop Cycling - Nierzetelne testy, męczące trasy, przepłacone rowery, niepotrzebne gadżety.

Vienna Life Maraton Wilanów, czyli jak zostałem trzepakiem

* pełna nazwa to: Vienna Life Maraton Lang Team, ale jej długość jest proporcjonalna do ilości balonów na TdP, więc pozwoliłem sobie obciąć.

 

Jeśli nie lubisz czytać, to skrót tekstu wygląda tak: nie wygrałem, pojechałem głupio, zmęczyłem się strasznie, przełaj jest na tej trasie szybszy niż MTB na 100%.

 

miasteczko zawodów

 

To nie był maraton MTB

Nie chcę robić wpisu hejtującego tę imprezę, to zbyt mainstreamowe. Na początku wypadałoby więc zaznaczyć kilka rzeczy: nigdzie w opisie wyścigu nie widziałem słowa MTB, wiec teoretycznie nie jest to wyścig górali. To, że prawie wszyscy jadą na MTB oznacza pewnie tylko tyle, że MTB w domu ma prawie każdy. Nie ma też górek, bo skąd wziąć górki w okolicy Wilanowa dla takiej masy osób? Trasa jest płaska jak stół i prosta jak drut. Nikt nikomu nie każe startować w takich okolicznościach (no dobra – każe, bo wyścig wielki, ale to problemy sponsorskie, nieznane mi. Ach, no i jeszcze generalka przecież). 60zł za wpisowe (bez dodatkowych opłat za czip) jest uczciwe, biorąc pod uwagę, co dostajemy w zamian, chociaż trasa nie jest całkowicie zamknięta. Powiem więcej, końcówka jest bardzo otwarta dla ruchu samochodowego. Nie wiem jak w Wilanowie można byłoby zrobić to dobrze – przecież nie zamknie się każdemu bramy wjazdowej.

 

Wilanów – jedna z najpiękniejszych dzielnic Warszawy. W Wilanowie nowoczesność łączy się z wielusetletnią tradycją. To miejsce niezwykłe, gdzie wielka historia Polski i Europy spotyka się z dynamiczną, stale zmieniającą się teraźniejszością.”  – cytat ze strony maratonu, he he he ;-)

 

Nie pamiętam, kiedy ostatnio startowałem w maratonie, który nie jest szosowy albo stricte przełajowy. Pewnie było to koło 2010r. Udało mi się wtedy jakimś cudem (po sezonie, w którym dostałem finishera za zaliczenie 13 edycji w sezonie – no life) wystartować z pierwszego sektora. Ilość agresji i nerwówki w peletonie przerosła mnie na tyle, że z fulla przesiadłem się na szosę. Piękna decyzja.

 

miasteczko zawodów

 

Kolarstwo najcięższym sportem na świecie, ale tłok na Mini, nie Fondo

Przyznam szczerze, nie wiem jak to jest z wyborem dystansu. Zapisuję się na najdłuższy, no bo czemu nie? W przeliczeniu zł na kilometr wychodzi najlepiej. Mało tego, na GRANDE FONDO (jak ładnie nazywa to Pan w biurze zawodów, my wolimy określenie fondue) nie obowiązują sektory startowe. Sektory to śmieszna rzecz, przydzielone są dla najlepszych w zeszłorocznych generalkach i… według daty zapisania się. Nie wiem, czy jest to jak w kolarstwie szosowym, że krótszy dystans wybiera się, bo nie da się rady przejechać długiego, czy bardziej jak w bieganiu, gdzie po prostu krótki dystans jest inną konkurencją niż długi. Mam pewne podejrzenia, ale nie chcę nikogo obrażać. Przecież najdłuższy ma raptem 86km. Wybór dystansu to jest wdzięczny temat na wpis, który ma mieć tysiąc komentarzy. Z 86km robi mi się co prawda 125 z dojazdami, co na przełaju jest trochę upierdliwe, ale przecież jest sobota. Następny wyścig dopiero jutro ;-)

W ramach wyścigu były też organizowane Mistrzostwa Polski Dziennikarzy – fajnie, chętnie bym wystartował, chociaż generalnie, o dziennikarzach, zdanie mam nie najlepsze. Tylko, że te mistrzostwa były na dystansie mini :-)

 

 

Krokiet – potrawa z zapiekanego naleśnika z farszem.

Startuję na najbardziej przeciętnym z przeciętnych rowerów. Jest tak przeciętny, że gubię tylną szprychę zanim jeszcze dojeżdżam do biura. To Trek Crockett na 105 – nazywany też krokietem. Pewnie najpopularniejszy przełaj w mieście. Prosty, popularny, rozsądny cenowo, jak krokiety. Kupiłem go kiedyś od Wicemistrza Europy w Duathlonie (link do fanpejdża), dzięki czemu może być minimalnie mniej zwykły. To jak krokiet nadgryziony przez… nie znam się na ładnych aktorkach, którąkolwiek tu podam, ktoś napisze, że mam słaby gust. Po zmianie opon na 35mm, jest idealny na tę trasę. Bez kozery powiem, że przełaj w tym wyścigu jechał szybciej.

 

 

Pierwsza trasa w historii świata, na której przełaj jest najszybszy

To dzięki trasie, która składała się na oko minimum w 50% z bardzo dobrych asfaltów, trochę z bardzo dobrej, utwardzonej drogi gruntowej, trochę mniej z takie samej drogi tylko z dużymi koleinami i na oko 2,5-kilometrowego odcinka, który na przełaju był beznadziejny. Na MTB zresztą też, ale mniej. To taka trawa co nie dość, że zasysa, to jeszcze wygląda jak sinusoida. Nie da się usiąść, a stojąc nie da się pedałować. To tutaj traciłem kontakt z osobami, które jechały obok mnie. Dlatego, jak rasowy trzepak szosowy, starałem się jechać sam.

 

vienna life maraton

Zwróćcie uwagę na kolarzy po prawej stronie (obok pojemnika PCK). Ludzie skracający trasę chodnikiem, pomiędzy spacerowiczami to moi idole.

 

Nie miałem założeń wyścigowych. Mało tego, budząc się rano nie wiedziałem, o której jest start, a stojąc na starcie pytałem kumpli ile trasa ma kilometrów i czy da się przełajem. Po pierwszym kilometrze wiedziałem, że nie wygram. Start był po bruku i na dzień dobry, straciłem kontakt z czołówką. W zasadzie to ze wszystkimi. Peleton (mówiąc peleton, mam w tym tekście na myśli peletonik ludzi w okolicach miejsca 11 open i 3 w kat. – wyższe były poza konkurencją) dogoniłem dopiero po kilku kilometrach samotnej pogoni. Pogoń może i nie byłaby samotna, ale wiecie jak jest – przełajowi nikt zmiany nie da, chyba że w ciężkim terenie. Na asfalcie radź se pan sam i ciągnij wszystkich.

 

 

Runda pierwsza

Pierwsze kółko wygląda dość oczywiście, na asfalcie jest za wolno, w tym 2,5-kilometrowym terenie za szybko. Niewielka czołówka sobie pojechała i tyle po nich. Pod koniec pierwszego okrążenia (z trzech), gdy zauważam, że ta pętla jest stworzona dla przełajów, idę solo. Urywam się przy wale pod pretekstem, że jaki straszny wstyd, gdy znajomi na szosach zobaczą mnie jadącego w peletonie MTB. Jadę więc sam, do mety zostaje jakieś 60km. Początkowo mam problemy, żeby oddalić się na więcej niż 100-200 metrów, ale potem dojeżdżamy na szutrowy wał, który skierowany jest praktycznie pod wiatr. Nie wspomniałem o tym, ale wiatr tego dnia był jak w najlepsze dni na Pomorzu. Wiało masakrycznie. Ale tak naprawdę masakrycznie. To dobrze, przewaga przełaja jest uwypuklona jeszcze bardziej.

Jadąc swoim stałym tempem, oddalam się coraz bardziej. Lubię jazdę w okolicach FTP – w domu trenują głównie taką na trenażerze. Moje 320W (ok. 4,4W/kg) nie jest może imponujące, ale wystarczające do podejmowania nieudanych prób. Prawie 40 kilometrów jadę sam.

 

 

Runda druga

Drugie okrążenie to ITT, już na początku pojawiają mi się na horyzoncie kolarze – jestem przekonany, że to czołówka. Zmartwienie trochę rośnie, gdy odkrywam, że to przecież duble się zaczynają. Na szczęście to duble-pełna-kultura:
– dzień dobry, lewą poproszę
– och dzień dobry, proszę bardzo, proszę jechać
– dziękuję uprzejmie i przepraszam za kłopot.
No – powiedzmy, że prawie. Niektórzy w dalszym ciągu na „lewą proszę!” reagują zjazdem na lewą stronę albo paniką i rozpoczynają jazdę slalomem. Przy tak mocnym wmordewindzie różnice prędkości są bardzo duże – powiedziałbym nawet, że dwukrotne. Na samym końcu drugiego okrążenia rozgrywa się dramat. Słyszę za sobą motor, może to oznaczać tylko jedno: czołówka krótszego (szybszego) dystansu mnie dogania. Dokładnie na końcu najcięższego i najdłuższego odcinka asfaltowego. Obracam się za siebie za rozjazdem i widzę to, czego się obawiałem.

 

 

Runda trzecia

Trzecie okrążenie. Pod dystans Medio podczepił się zagubiony mój peleton. Dzięki temu mnie doszli (tak myślę, że dzięki temu). Jacyś dwaj chłopcy z Meridy, takie papużki-nierozłączki, co nie zjeżdżają sobie z koła cokolwiek by się działo, wjeżdżają przede mnie. Tak naprawdę, to wjeżdżają z boku we mnie, za co dziękuję im serdecznym, lecz wulgarnym słowem i tak sobie jedziemy. Ja wkur***ony, reszta spokojnie w peletoniku. Rozpoczyna się asfalt, myślę – Macio, teraz albo nigdy. Na zakręcie o kącie prostym rzucam z tysiąc watów lekko i po wewnętrznej omijam wszystkich. Jak Cavendish. Jak Sagan. Po 200 metrach obracam się – nie ma ich, ale jestem kozak. Ale jak to, Macio, jak na 200 metrach można zgubić peleton z pola widzenia?

 

 

Okazuje się, że bardzo prosto. To nie był wyścig szosowy. Pech chce, że akurat w tym momencie, w tym miejscu, człowiek zabezpieczający trasę gdzieś zniknął… a tam był zjazd z asfaltu w teren. Pomyliłem trasę, zawracam, nigdy już ich nie dogonię. Zgubiło mnie przyzwyczajenie szosowe.

 

pomyłka trasy

 

Potem to już depresja, walka ze skurczami, z poczuciem przegrania i nieszczęściem. Trochę może koloryzuję, bo dalej mam poczucie, że to super trening, ale jednak. 10 kilometrów przed metą jadę już z dwoma odpadkami, którzy polegli gdzieś po drodze. Jeden z nich przez 15 minut tłumaczy mi, że wszyscy widzieli, jak zmieniam trasę asfaltem (omijając najgorszą trawę) i że jestem oszustem. Początkowo dyskutuję, potem zauważam, że nie ma to sensu. Przez 20 minut żaden z nich nie daje zmiany nawet na moment, robią to dopiero na kresce wpadając centymetry przede mną. Klasyk :-)

 

 

Wszystko mnie boli: plecy, ręce, palce, godność. Gdybyście się jednak zastanawiali w przyszłym roku, jaki rower wziąć, zdania nie zmieniam. Przełaj jest tu najszybszy.

Ujechałem się ja rzadko, przegrałem jak zwykle. Dobrze, że makaron na mecie dobry (składa się z makaronu właściwego, czosnku i parmezanu), bo zimno strasznie. Kupiłbym sobie może nawet z tego zimna herbatę, ale w oficjalnym namiociku spożywczym kosztowała 4zł.

To tyle. Po powrocie do domu celowo połamałem numerek, żeby takie pomysły nie przychodziły mi już do głowy.

 

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


  • Nikifor

    Może jakbyś jechał na MTB, toby Ci częściej dawali zmiany i summa summarum wyszłoby szybciej? Tak gdybam ;)

    • jakbym jechał na MTB to by mnie szybko urwali ;-)

  • Ł.O.

    Dzięki za relację, już wiem, co będę robił 01.07 :)