Hop Cycling - Nierzetelne testy, męczące trasy, przepłacone rowery, niepotrzebne gadżety.

Szosowa Norwegia – mokra i piękna

Dużo ludzi mówi, że moje wpisy są za długie, dlatego dołączam na początku typowy tl;dr dla leniwych:  Norwegia jest piękna, wymagająca fizycznie, bardzo często pada tam deszcz, hiper droga i można przypadkiem przerzucić się przez nią z kolarstwa szosowego na sakwiarstwo. 

 

Szalony kraj szalonych ludzi

Norwegia to piękny kraj: zielone fiordy, niebieskie niebo, uśmiechnięci ludzie, spacery w słońcu po górach… tak to przynajmniej wygląda w folderach i na reklamówkach, które oglądałem przed wyjazdem. Rzeczywistość okazuje się z goła inna.

Jeśli zastanawialiście się kiedyś kto i gdzie wymyślił takie diety jak: bezglutenowa, wegetariańska, głodówkowa czy wożenie słoików z domu, to byli to według mnie Polacy na wakacjach w Norwegii. My też staliśmy się bezglutenowcami i wegetarianami, gdy tylko ujrzeliśmy pierwsze ceny w sklepach.

DSC01895

W normalnym kraju ta droga byłaby prosto. W Norwegii nie jest… na szczęście

 

Na miejsce docelowe naszej wyprawy wybieramy (a raczej Panda wybiera, bo cała wycieczka organizowana jest jako mój prezent na 30-tke) miejscowość Molde. Dolecieć tam da się w przyzwoitej cenie za pomocą Wizzaira z Gdańska (TU można sprawdzić ceny i terminy). W chwili gdy to piszę dolecieć w dwie strony da się za 80zł:

Capture

To jedyne zdanie w tym wpisie, w którym mogę użyć stwierdzenia „przyzwoita cena”. Norwegia pod kątem cen jest mistrzostwem świata. Po niej już  w każdym kolejnym miejscu na świecie będzie tanio. Serio, tak poglądowo: taksówka wioząca nas na lotnisko w niedzielę (6,5km) to grubo ponad 200zł, pół litra coli – dycha, snickers – niecała dycha, chleb – dycha do trzech dych.

Rower zabieramy ze sobą – sposobów jest wiele i wszystkie drogie (dodatkowe kilka stówek). My wieziemy w dedykowanych walizkach, do których upychamy troszkę jedzenia (np. ze dwa kilogramy naleśników, które uratowały nam życie), dzięki czemu łączna waga bagażu dla dwóch osób wynosi ponad 80 kilogramów. Jedna z nich ma 38kg (czyli 6 więcej niż dopuszczalny limit na lotniskach), więc w Gdańsku pojawia się mały problem, ale ostatecznie leci ona z nami. To wyjaśnia, mam nadzieję, czemu potrzebujemy taksówki. Alternatywne pakowanie spotykamy u bardziej doświadczonych turystów na miejscu:

DSC02224

 

Może to i mniej bezpieczne pakowanie, ale skuteczne. Oni przynajmniej nie są wzywani przez ochronę norweskiego lotniska na „zaplecze”, aby rozpakować swój bagaż i zeskanować go na każdy możliwy sposób. O naszych największych walizkach rowerowych od Thule można powiedzieć jedno – budzą respekt. Gdyby, pozostawione bez opieki na górce nabrały rozpędu, skutki mogłyby być katastrofalne…

Wracając jednak do samego Molde, w którym lądujemy po 100 minutach: lotnisko na miejscu jest wielkości trochę przerośniętego kiosku Ruchu. Ogólnie w Norwegii większość zabudowań jest malutka – szczególnie, gdy porówna się je do tamtejszych gór… lub kobiet, które widać, że za młodu nie paliły i piły dużo mleka. Średnia cena metra kwadratowego w centrum niewielkiego miasta to ponad 22 000zł – wielkość domków uzasadniona. Jeśli chodzi o kobiety, to na pewno ma to coś wspólnego z narodowymi sportami jakimi są biegi narciarskie oraz kajaki – na oko co trzecie auto ma na dachu zamontowany uchwyt na kajaki. 

DSC02192

Kto ten krajobraz projektował to ja nie wiem, ale miał fantazję

Nad naszym miastem góruje wzniesienie, na które można pozwolić sobie już pierwszego dnia, zaraz po przylocie, w ramach rozgrzewki i rozpoznania wroga oraz przygotowania nas na to, co czai się w kolejnych dniach. W niecałe 4 kilometry wznosimy się z 40m na 400m – częściowo idealnym asfaltem, częściowo drogą terenową. Na szczycie czeka piękny widok na fiordy… albo na nic, bo chmury potrafią zepsuć wszystko.

 

DCIM100GOPROG0103496.

 

Pogoda dobra, tylko mokra

 

DSC02001-2

Wszystko ładne, tylko gdzieś pochowane. Przy takiej pogodzie krajobraz wewnątrz lądu przypomina Bieszczady.

Średnia liczba dni z opadami pomiędzy majem, a październikiem to podobno 29 w każdym z miesięcy (źródło). W pozostałe kilka wszyscy zajęci są robieniem zdjęć do folderów promujących Norwegię – uwieczniają te chwile lub robią za statystów: są zwykłymi Norwegami w tle, którzy udają, że nie są zdziwieni. Zresztą, Norwegowie znani są przecież z ciemnej karnacji, którą zawdzięczają swojemu wspaniałemu słońcu (nie liczymy tu czarnoskórych grup, spotkanych przy odrobinie szczęścia, które większość czasu spędzają na robienie selfie z wędkami otrzymanymi od państwa na lepszy start). Jeśli chodzi o temperatury to zimą jest zimno, wiosną jest zimno, jesienią jest zimno, a latem jest chłodno. My cały pobyt spędzamy w kompletach: krótkie spodenki + nogawki, koszulka z krótki, rękawki, kamizelka, potówka/bielizna termoaktywna, przeciwdeszczowa kurtka ultralight w kieszonce i opcjonalnie bluza w gorsze dni.

DSC02171

Widok z okien naszego apartamentu trwający jakieś 90% każdej doby

 
Norwegia, czyli ktoś tu gra na kodach

Podróżowanie przez Norwegię jest dziwne i nie przypomina niczego, co widziałbym wcześniej. Ktokolwiek tworzył ten kraj, był szalony. Wygląda tak, jakby 6-letnie dziecko siadło po pijaku do Sim City lub Transport Tycoon z włączonym trybem nieskończonych pieniędzy i zaczęło się bawić edytorem terenu. Postaram się to zobrazować – normalne góry w normalnym kraju wyglądają tak: / __/    __ , na północy coś nie wyszło i wyglądają tak: _||_|_|. Z płaskiego pola wyrasta ogromna, prawie pionowa skała. Wyrastać może też z morza, innej góry albo w zasadzie czegokolwiek. Do tego, na tymże morzu, porozrzucane są olbrzymie ilości wysepek wielkości: od dużego supermarketu wzwyż.

DSC01802

Pierwsza górka, którą spotykamy pod domem, ma milion procent – naprawdę, nie przesadzam: milion

 

Potem, w miarę trzeźwienia dzieciak zaczyna stawiać zabudowania. Rozrzuca je wszędzie. Czasem zupełnie bez sensu, prawie wszystkie oddalone od siebie na tyle, by odwiedziny u sąsiadów stawały się wycieczką na całe popołudnie, wymagającą użycia auta, roweru, kajaku i butów do wędrówek. Pech jednak chce, że wybraną ma ciągle tę samą opcję i wszystkie zabudowania wyglądają tak samo. Bardzo mały metraż biorąc po uwagę dostępny teren, ze 2-3 poziomy i wszystko z drewna. Jedno jest pewne, w porównaniu do naszych willi, domy Norwegów wyglądają jakby byli 15x biedniejsi. Zdradzają ich tylko nowe combi i SUVy na podjazdach (chyba tylko takie auta znają).

 

DSC02046

Przez większość czasu zastanawiamy się jak to możliwe, że dookoła nas są ściany, a mimo to droga zawsze gdzieś prowadzi

 

W tym szaleństwie jest coś niezwykłego. Fiordy to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie stworzyła natura. Niezależnie od pory dnia i pogody – robią niesamowite wrażenie (zakładając oczywiście, że nie zasłania ich deszczowa mgła). Dodając do tego porządek, który panuje w kraju (znalezienie śmieci graniczy z cudem) mamy przepis na obowiązkowy punkt z listy najlepszych miejsc świata. Czystością Norwedzy przeganiają Szwajcarów. Nie ma jednak tego nieprzyjemnego uczucia, że za wrzucenie opakowania od jogurtu do złego kontenera, ktoś wlepi nam 500 franków kary i zastrzeli na miejscu, krzycząc brzydkie, niemieckie wyrazy. Tu co najwyżej, ktoś Cię przeprosi, powie, że robisz źle i po Tobie poprawi – takie przynajmniej sprawiają wrażenie.

 

Kolarze i drogi

Każdego dnia, na drogach spotykamy kolarzy szosowych w liczbie policzalnej na palcach jednej ręki. Nawet jeśli w młodości graliśmy sporo w „noża” i nie wszystkie nam zostały. Zdecydowanie więcej jest za to „trekingowców”. Studentów, którzy podróżują od miesiąca, emerytów, którzy jadą non-stop od pół roku czy w końcu bogatych Niemców, którzy zostawili gdzieś swojego kampera i teraz starają się do niego wrócić. Prawie wszystkich łączy jeden element – wielkie sakwy zamontowane do każdej części w rowerze i jednocyfrowa prędkość przy kadencji 90.

 

DSC02158

W Norwegii prędzej potrąci nas krowa niż samochód

 

Jeśli chodzi o ruch i asfalty – nie ma o czym pisać. Poza najbardziej głównymi drogami ruch jest w zasadzie pomijalny – do tego stopnia, że staje się to niepokojące. Czy jeśli coś nam się stanie, to ktoś nas kiedyś znajdzie? Szybko pocieszam się, że przecież trekkingowcy, gdzieś pośrodku niczego mają dużo gorzej. Na szczęście nawet te najruchliwsze trasy w okolicy są prawie puste. Obok większości z nich prowadzi asfaltowy, nieobowiązkowy ścieżko-chodnik, którym można się kulać. Opowieści o samochodach jadących za rowerem przez 15 kilometrów są lekko przesadzone, ale faktycznie – jeśli na jezdni jest linia ciągła, Norweg nie wyprzedzi. Jeśli z przodu jedzie inny pojazd, również nie będzie się pchał. Ma to pewnie związek z tym, że nikomu się nigdzie nie spieszy, bo dzień jest długi. Zapas przy wyprzedzaniu jest mniej więcej taki, jak u nas, gdy wyprzedzamy człowieka, który we krwi ma z 6 promili.

 

DCIM101GOPROG0745077.

Klasyczne wyprzedzanie przez Norwega

 

Przy wytyczaniu pętli warto pamiętać o 3 kluczowych rzeczach:

Drogi białe (na mapie) są generalnie dużo przyjemniejsze niż te żółte, a asfalt jest równie dobry. Chyba, że akurat asfaltu na nich nie ma, co też potrafi się zdarzyć. Nie będzie problemu z przejechaniem ich na szosie, ale nie każdy to lubi. Nam się to podoba, ale ostrzegam na wszelki wypadek. Google Street View naszym przyjacielem. Na domiar złego, Strava i Gugle bardzo często wytyczają trasę rowerową po szlakach pieszych. Ma to pewnie związek z przeważającą liczbą maszyn terenowych nad szosowymi – po zapisaniu trasy koniecznie trzeba ją zawsze dokładnie przejrzeć pod tym kątem (no i pod kątem nieprzejezdnych tuneli).

 

DCIM102GOPROG0975765.

 

Tunele – to najgorsza rzecz szosowej Norwegii. Jakkolwiek dobrze byśmy nie zaplanowali naszej trasy, nigdy nie możemy być pewni czy będzie przejezdna. Obowiązkowa jest tutaj TA STRONA – znajdziemy na niej pełną listę norweskich tuneli wraz z oznaczeniem ich przejezdności rowerem (oraz komentarzem) i ewentualnym objazdem. Tunele potrafią być naprawdę traumatycznym przeżyciem. Podróż w ciemności przez kilkanaście minut, w hałasie zbliżonym swoim poziomem często do niezłego koncertu rockowego i pustka – zarówno w przód jak i w tył. Zdarzają się cywilizowane, z poboczem, ale są i takie zupełnie spartańskie, wyglądające jakby wydrążyli je więźniowie łyżeczkami do herbaty. Wiemy już czemu norweska muzyka jest taka głośna, ci ludzie muszą być głusi.

 

DSC02020

Promy – z nimi zazwyczaj nie ma problemów. Jako że krajobraz projektował szalony człowiek, na większości wycieczek trzeba będzie użyć promu przynajmniej raz. Strona z listą połączeń, cenami oraz rozkładem jazdy jest TUTAJ. Ja korzystam jednak z wyszukiwania w Googlach, aby znaleźć w niej jakieś sensowne wyniki. Ceny to zazwyczaj okolice 10-30zł, a na każdym ze statków znajdziemy ciepłe pomieszczenie i coś do jedzenia. Większość z nich kursuje całą dobę, z częstotliwością większą niż nasze MZA, choć planując długą wycieczkę polecam najpierw zaliczyć te rzadziej uczęszczane połączenia, by nie zdziwić się 5km od domu. Podczas jednej z wycieczek trafiamy na prom, który wbrew rozkładowi jazdy – zamiast za 15 minut, ma pojawić się po ponad 2 godzinach. Alternatywna droga to nadłożenie 100km. Głupio byłoby też utknąć na którejś z wysepek, ale z pomocą przyszłyby pewnie śmietniki, które wyglądają jak nasze kapliczki. Gdyby w Polsce śmietniki miały takie domki jak tam, ultrasi byliby przeszczęśliwi. Jedynym plusem jest to, że na przystaniach znajdują się elektroniczne tablice informacyjne z najbliższymi kursami.

 

DCIM102GOPROG0985776.

Klasyczna „poczekalnia” dla oczekujących na prom. Wszystko jest spoko, dopóki nie pada

Drogi same w sobie są szalone – jak wszystko. Ludzie, którzy je projektowali byli nienormalni i nie znali chyba czegoś takiego jak „prosto i płasko”. Nieważne od tego jak płaski profil pokazuje nam Strava i nasz track, nawet jadąc po względnie płaskim Garmin pokazuje nam 6%. Podróżując zboczem fiordów wysokość oscyluje w granicach 0-100 metrów. Największe górki dochodzą do 300 metrów. Oscyluje to jednak dobre słowo, bo droga przypomina zazwyczaj sinusoidę. Powiem szczerze – męczy to nas przeokrutnie. To takie dobijanie kolarza – ujeżdżasz się strasznie, a nic z tego nie ma, bo ciągle jesteś „na dole”. Zupełnie czym innym są za to drogi „górskie”… no może nie zupełnie czymś innym. Chociaż nie… są to w zasadzie te same sinusoidy tylko ich amplituda jest sporo większa.

DSC01932

Klasyczna „idealnie równa droga” na wykresie przewyższeń

Warto się czasem zapuścić gdzieś w głąb. Podczas jeden z wycieczek odnajdujemy terenową drogę, która przez jakieś 2 godziny prowadzi przez pustkę. Tak nam się przynajmniej wydaje, bo jak się potem okazało, podczas przystanku na batonika, otaczają nas osiedla domków. Nie ma przed nimi aut, nie ma przy nich ludzi, wyglądają jak opustoszałe. Trochę jak wioski z horrorów. W internecie odkrywam potem, że to chyba jakieś kempingi do sportów zimowych. Kempingów tu pełno, prawie tyle co normalnych zabudowań

DSC02165

 

Język, czyli språk

Norweski jest bardzo prosty. Bierzemy angielski i niemiecki odpowiednik słowa, którego szukamy, a następnie łączymy je w losowy sposób. Potem usuwamy z nich kilka samogłosek i dodajemy śmieszny odgłos podobny do litery ‚t’ za pomocą ustnej trąbki (takie pomiędzy ‚yt’ a ‚ut’)

czemu to jest takie drogie? – hvorfor er det så dyrt?
czy mogę pomalować Ci płot za pieniądze? – kan jeg male gjerdet for pengene?
ile?! – hvor mye?!
zwariowałeś? – er du gal?
czy możesz pożyczyć mi jakieś pieniądze? – kan du låne meg noen penger?
bardzo lubię biathlon – Jeg liker skiskyting (warto wtrącić to do każdej rozmowy, na przykład pytania powyżej)
jestem z Polski, ale lubię Marit Bjoergen – Jeg er fra Polen, men jeg virkelig liker Marit Bjørgen
czy możemy obejść się bez ekstradycji? – Kan vi hoppe over utlevering?

ewentualnie używamy angielskiego, ale to wersja dla słabych. Na miejscu wszyscy posługują się nim bardzo dobrze. No może poza dykcją: chwile zajmuje nam zrozumienie sąsiadki, która przekonuje nas, że chowa się w tym mieszkaniu ze swoją znajomą (‚hiding’ próbując powiedzieć ‚hiring’).

 

Dzień jest długi, zdążymy

Dzień w czerwcu trwa 22 i pół godziny. Oznacza to mniej więcej tyle, że jakiekolwiek planowanie nie ma sensu, bo i tak się zdąży przed zmrokiem, który nigdy nie nadchodzi. Nie mogę się do tego przyzwyczaić. Na wakacjach przyzwyczajony jestem do poganiania wszystkich od około 7 rano. Nasze wyjazdy sponsoruje maksyma „nie spać! zwiedzać!”. W Molde nie ma to sensu, bo niezależnie od tego czy ruszy się o 7 rano, o 3 w nocy czy o 18 – zdążymy pojeździć. To jedno z tych miejsc, w których wychodząc z nocnego klubu nie masz pojęcia jaki jest dzień i czy jeszcze jest wczoraj wieczorem, czy już jutrzejsze południe. Główna zaleta takiego rozwiązania to częściowa pogodoodporność. Rzadko bywa tak, by lało cały czas: wstajesz rano, wyglądasz na dwór i czekasz na okienko pogodowe – czasem godzinę, czasem siedem, ale prędzej czy później pojawi się. Jest oczywiście szansa, że jeśli u Ciebie robi się okienko, to po drugiej stronie jest dokładnie odwrotnie, ale nic to – bez wiatrówki typu ultralight nie ma co wychodzić… nawet, gdy świeci słońce.

 

DSC02184

 

Droga Atlantycka, czyli obowiązkowy punkt pierwszy

 

DSC01865

 

Droga Atlantycka to prawdopodobnie jeden z najlepiej kojarzonych widoków w internecie. Pokazywana w każdej szosowej relacji internetowej, na wszystkich szosowych zdjęciach. Zawsze ten sam most, zawsze podobne ujęcie. Nie bez powodów – cała droga sprowadza się tak na prawdę właśnie do tego jednego mostka, który od tysięcy innych mostków, które znajdziemy w okolicy różni się tym, że jest nieco bardziej strony i łączy wysepki. Za nim i przed nim znajdują się kolejne mostki, niczym nie wyróżniające się w okolicy. Jest ładnie – oczywiście. Wszystko w Norwegii jest ładne. Rozbudzone oczekiwania i nadzieja rozpalona tymi wszystkimi relacjami trochę zawodzą. Ktokolwiek dodaje tę drogę do kolarskiej ‚bucket listy‚ (takie miejsca, które trzeba w życiu zobaczyć) albo tu nigdy nie był, albo nie był nigdzie indziej. Miejsce trzeba zobaczyć będąc w okolicy, ale nie jest na tyle fajne, by specjalnie do niego jechać przez pół Europy. Oczywiście na wszelki wypadek nie ufajcie mi i sprawdźcie je mimo wszystko – może się okazać, że to ja mam spaczony gust. Jeśli macie możliwość, wybierzcie się tam o jakiejś nieprzyzwoitej godzinie. W ciągu dnia jest pełno turystów – kamperów, motocykli, samochodów. Wszyscy na tej jednej, nieszczęsnej drodze. Nie da się na niej nawet zrobić sensownej pętli, bo jakieś 30 kilometrów dalej, kawałek przed lotniskiem, znajduje się tunel, którego nie pokonamy rowerem.

DCIM100GOPROG0283989.

w skórcie: miejsce do odwiedzenia, ale bez zbędnych nadziei. 

 

Trollstigen – Droga Trolli, czyli clue programu

 

DCIM102GOPROG0785213.

 

Po Drodze Atlantyckiej byliśmy trochę zawiedzeni. Zniesmaczeni nawet, bo owszem, droga fajna, fiordy też spoko, ale nie na to liczyliśmy. Postrzeganie fiordów zmienia się diametralnie, gdy tylko choć trochę słońca przebije się przez chmury. Świat wtedy się zmienia, ponure i szare krajobrazy stają się kolorowe, woda zmienia kolor, widoczność się poprawia i w ogóle wszystko staje się wspaniałe. Szkoda, że trafienie kilku takich dni przypomina trafienie piątki w totolotku. Powiem wprost: droga Trolli rekompensuje wszystko. Link do segmentu na Stravie: Trollstigen. Jest to zdecydowanie jedno z najładniejszych kolarsko miejsc jakie kiedykolwiek widziałem – takie skrzyżowanie Gavii i Stelvio. Szczyt ze swoim jeziorkiem i górami otaczającymi je, jest tak podobny do wspomnianej Gavii, że patrząc na zdjęcia, mógłbym się spokojnie pomylić.

DSC02054

 

Zacznijmy od początku. Sensowne przejechanie trasy odbyć się może jedynie z północy, od miejscowości Andalsnes. Jeśli macie możliwość wyboru, zróbcie wszystko, aby swój pierwszy przejazd odbył się właśnie w tę stronę, chyba że macie ochotę kulać się przez 28,6kilometra ciągłym podjazdem trzymającym około 3% – tak, ta droga ma 28,6 kilometra o średniej 3% (link do Stravy: Trollstigen-Brua før Valldal) i zdecydowanie lepiej lecieć nią w dół: przez pola, przez lasy, w otoczeniu skalnych ścian. Jadąc tamtędy na szczyt czeka nas nieunikniona depresja podjazdowa. Zjazd z kolei to coś pięknego – długie proste, wyprofilowane delikatne zakręty, idealna nawierzchnia i dobre osłonięcie od bocznych wiatrów. Dodając do tego praktycznie zerowy ruch (ta strona jest znacznie nudniejsza, więc nikt tędy nie jeździ) mamy przepis na zjazdowy sukces.

 

DCIM102GOPROG0845478.

 

Nas interesuje jednak głównie podjazd, to dla niego tu przyjechaliśmy – 9,4 kilometra ze średnią 7,1%. Przypomina on trochę wizytę u naszych bardzo bogatych znajomych. Początek to ogromna, płaska (zgodnie z tym co pisałem wyżej, nic tu nie jest płaskie, ale po kilkuset kilometrach można cytować Rafała Majkę, że „5% to nie podjazd”) polana. To jak ich działka, wielka i pusta przestrzeń otoczona ogromnym skalnym murem. Potem jest korytarz – ściany dalej są ogromne i coraz szybciej się do nas zbliżają, sufit jest już jednolitą białą masą, miejscami nieco jaśniejszą. Trochę się dłuży, bo podobnie do podjazdów w Alpach, początek to nudne wspinanie się wśród drzew i bez nadziei na lepszy widok. Po lewej stronie mijamy Ścianę Trolli, to największy klif w Europie: ponad 1200 metrów z podwieszeniami do 50m – gigant. Wiem, że ciężko to sobie wyobrazić ile to jest pionowe 1,2 kilometra, więc podpowiem przykładami: to 10 nowych Godzilli stojących na sobie lub 24 stare, ewentualnie 36 ludzików Michelin z „Pogromców Duchów”. Koniec końców docieramy do miejsca, w którym skały otaczają nas z 3 stron, a za nami wiedzie widoczna do samego oceanu droga, którą przyjechaliśmy. Rozpoczyna się wspinaczka, kilkanaście serpentyn, kilka mostków, wodospad.

 

DCIM102GOPROG0875539.

 

Na szczycie (852m n.p.m. co nie brzmi zbyt imponująco) znajduje się to, co powinno znaleźć się na każdej takiej górze: kilka punktów widokowych. Wszystkie z nich niestety oblegane przez turystów, idzie się w korku. Rowery zostawiamy bez opieki kawałek przed nimi i ruszamy w SPDach na schody ku uciesze tłumów.  Znowu, może gdybyśmy przybyli tu w środku nocy byłoby lepiej. Ludzie nie przeszkadzają, podobnie jak kampery i samochody na wjeździe – oni też co chwilę parkują żeby strzelać fotki. Widać, że wszyscy są tu na wakacjach, a droga nie jest przelotówką. Szczególnie, że za chwilę rozpocznie się szybki zjazd, a drogi na kilkadziesiąt kilometrów staną się zupełnie puste. Na Drodze Trolli wyprzedziło nas z 5x więcej aut niż na wszystkich pozostałych kilometrach tego dnia.

 

DCIM101GOPROG0775125.

Miejsce niezbyt przyjazne dla kolarzy, ale osiągalne.

 

W skrócie: Droga Trolli jest tak dobra, że dla niej warto odwiedzić Norwegię. Trzeba tylko pamiętać, że podobnie jak większość takich tras, otwarta jest między połową maja, a październikiem.

Na południe od Trollstigen znajduje się masa świetnych podjazdów, nam nie starcza jednak sił na pętle powyżej 180km, a szukanie noclegów w innym miejscu nie wchodzi w grę. Odwiedziny w Geiranger (nie wiem jak to się czyta, ale jeśli Gej Rendżer to już mi się podoba) p0zostawiamy na kolejną wizytę. Poza widokiem (całkiem niezłym patrząc na Google Street) znajduje się tam górka: Dalsnibba. Wysoka na 1480 metrów, którą atakujemy z poziomu morza – prawie 21 kilometrów ze średnim nachyleniem 7%. Końcowe 5km jest niestety terenowe, ale podjeżdżalne (edit: wbrew temu, co pokazują mapy, droga jest już podobno wyasfaltowana do końca). Link do Stravy: Nibberittet 2013

 

DSC02216

 

 

Wszystko głupie

Ten kraj potrafi namieszać w głowie i – mówiąc brzydko – wku***ić:

  • Wszyscy są nieprzyzwoicie mili. Pani, która wynajmowała nam mieszkanie 5 minut tłumaczyła czemu nie ma soli, czemu do wyboru ma tylko jedną kawę i jak działa okap. Nieważne gdzie pojdziesz rowerem, każdy się do Ciebie uśmiecha
  • Drogi są równe, auta wymijają wielki zapasem – czasem nawet przesadzonym
  • Jest czysto, liczba śmieci zauważonych przez nas przez te kilkaset kilometrów nie przekracza kilku. Mimo to, nie rzucają się w oczy śmietniki
  • Latem dzień jest tak długi, że nie ma się po co śpieszyć na cokolwiek
  • Połowa (szacunki) mieszkańców ma tu taki widok z okien, jaki u nas wiesza się na obrazach

 

Czemu to tak denerwuje? Bo człowiek zaczyna się zastanawiać czemu nie może być tak wszędzie…

DSC02091

 

Jechać czy nie jechać?

Norwegia nie jest dla każdego. Jeśli macie kilka dni urlopu w roku, to pewnie można zużyć je trochę wygodniej. Tutaj prawdopodobnie trochę zmarzniecie, mocno zmokniecie (spotkaliśmy osoby, które mokły dzień w dzień przez 2 tygodnie), będziecie mieli szansę nic nie zobaczyć, jeśli nie nastąpi pogodowy cud. Z drugiej strony, stworzycie sobie szansę na zobaczenie miejsc, o których marzą turyści z całego świata oraz odpocząć (to złe słowo biorąc pod uwagę profil tras) na pustych drogach. Ze względu na trudność układania pętli i specyfikę terenu, zdecydowanie lepiej sprawdzałby się tryb trekkingowy – sakwy, namiot i w drogę. W Norwegii można się nimi rozbijać praktycznie w dowolnym miejscu, o czym przekonujemy się widząc czasem pojedynczy namiocik w najmniej oczekiwanym miejscu. Może na starość… na miesiąc lub dwa – tak jak powinno się to robić

 

Po więcej zdjęć zapraszam jak zwykle >> tutaj <<

 

Na koniec wrzucam jak zwykle zdjęcie, które ma mi przypomnieć, że zawsze po wakacjach należy wziąć trochę urlopu na odpoczynek po nich, bo łatwo nie jest:

DSC02167

 

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.