Hop Cycling - Nierzetelne testy, męczące trasy, przepłacone rowery, niepotrzebne gadżety.

Świętokrzystkie – kraina Dżizasików, Maryjek i betonowych Tupolewów

Warszawa znana jest z tego, że dość łatwo nabija się w niej przewyższenia. Można pojechać na Agrykolę, która ma 22 metry, na tamę w Dębe i zrobić 28 metrów albo udać się do Góry Kalwarii, która swoją nazwę zawdzięcza otaczającym ją ośnieżonym szczytom. Korzystając z jednego dnia wolnego, postanowiliśmy jednak poszukać gdzie w nieco ciekawszy sposób możemy zrobić symboliczne 2km w pionie. Udaliśmy się więc do Kielc i chyba udało nam się wyznaczyć tam 150 kilometrów idealnej trasy. Track znajduje się na dole, a we wpisie postaram się wypunktować czemu akurat ona jest najlepsza i co trzeba koniecznie odwiedzić.

 

Pojedź w Świętokrzyskie

W Świętokrzyskie z centrum Warszawy jest koło dwóch godzin. Wyjeżdżamy więc koło 8, żeby na miejscu znaleźć się o 11. Może to te przydrożne McDonaldsy, może moja zabójcza prędkość, ale jeśli w jakieś miejsce jest X czasu, to my tam jedziemy X*150%. Nieważne czy są to Kielce, czy Livigno do którego podróż trwała ostatnio 20 godzin, czy San Remo, do którego, tak subiektywnie, to jechaliśmy chyba 40 dni i 40 nocy. Można ruszyć ze Starachowic, czy Suchedniowa, ale wybieramy Kielce, bo są tam niezłe hamburgery, o czym później. Parkujemy pod hotelem Uroczysko, przy którym znajduje się najlepszy parking, bo „płatny niestrzeżony” – łatwo jednak wyjechać bez płacenia, bo szlabanu nie ma a opłaty zbiera pani w recepcji, więc już na dzień dobry mamy zaoszczędzone na jedną bułę. W zależności od tempa, na trasę powinniśmy przeznać od niecałych 5 godzin, jeśli jedziemy z kumplami i nikt nie powie głośno, że chciałby na chwilę przystanąć, do 8, jeśli lubimy sprawdzać lokalne atrakcje turystyczne. A tych nie brakuje, o czym poniżej:

 

DSC05242

 

Bodzentyn

Do obowiązkowego zaliczenia jest ulica Miejska. Na 800 metrach robimy tam około 87 metrów w pionie. Korzystając z maksymalnego nachylenia w okolicach 20% przypominamy sobie do czego z tyłu służą największe koronki i czemu dopłaciliśmy, aby mieć 27 ząbków zamiast 25. To chyba jedyne miejsce w granicach 200km od stolicy, gdzie choć na chwilę można wrócić myślami do zakupu kompaktu. Ta myśl na szczęście szybko przemija – prawilność przede wszystkim.

 

DSC05091

 

W zależności od kombinacji takich rzeczy jak: aktualna forma, dostępne przełożenia i automotywacja, jest to też idealne miejsce, aby odbyć swój marsz hańby na oczach kolegów czekających na górze (wraca się niestety tą samą drogą)

 

DSC05074

 

lub powalczyć o dość mocno wyszlifowanego KOMa w uczciwych warunkach (bez wykorzystania autobusu lub peletonu). Wracając można poćwiczyć wchodzenie w zakręty przy sporych prędkościach i zaciągnąć się zapachem przypalonego klocka, jeśli nie jedziemy jako pierwsi.

 

DSC05065

 

Nowa Słupia – włoskie lody jagodowe

W okolicach 2/3 dystansu, chwilę przed rozpoczęciem kluczowego pojazdu tego dnia, stajemy na rynku. Za 5zł, w małej lodziarni graniczącej z Euro Marketem (zakupy robimy tylko w miejscach które są Euro-Pro: sugerujemy się nazwą) dostajemy najlepsze lody tego miesiąca: śmietankowo-jagodowe. Duża porcja to akurat tyle, żeby zjeść i przez kolejne 2 kilkukilometrowe podjazdy pamiętać o nich. Czasem aż za dobrze. Nie wiem czy wydałem kiedyś lepiej 5zł. W zasadzie można uznać, że warto tam jechać tylko na lody.

 

DSC05218

 

Święty Krzyż – Łysa Góra

Kluczowy element wycieczki: wzniesienie, które widzimy praktycznie przez cały dzień. Prawie 600 metrów wysokości, asfaltowy podjazd na sam szczyt, najbardziej stromy kilometr ma ~7%, a po drodze wpada około 250 metrów przewyższenia. Jest dokładnie tym czego nie lubię: jazdą bez celu, gdyż droga kończy się wieżą, kościołem i niczym więcej – nie ma nawet sensownej panoramy na okolicę. Jako rekompensatę, w wybrane dni w roku dostać możemy odpust zupełny. To przydatne, bo jeśli jedziemy zgodnie ze wskazówkami zegara i dwie godziny wcześniej byliśmy w Kałkowie, to nagrzeszyć udało nam się na pewno. A nawet jeśli tam nie byliśmy, to po drodze mijamy tyle Jezusków i Maryjek, że musieliśmy mieć dużo innych okazji.

 

DSC05213

 

Widzieliśmy tę górę z każdej strony, ze wschodu, zachodu, północy, południa, leżąc, wisząc, siedząc, cierpiąc, pędząc, a nie ma ani jednego zdjęcia ze szczytu – tak fajnie tam jest. Sam podjazd wart jest oczywiście podjechania, przez każdego kto lubi trochę się zmęczyć lub dla kogo wystarczająca atrakcją jest to, że jedzie niby do przodu ale jednak trochę w górę.

 

DSC05202

Golgota Wschodu, Sanktuarium w Kałkowie-Godowie

Pójdziemy do piekła, ale było warto. Jeśli chcecie przenieść się na wyższy poziom abstrakcji, tego miejsca pominąć nie można. Jest fajny kościół, jest małe ZOO, podziemia, stragany, w weekend pewnie jakiś ślub i na przykład…. zameczek z wbudowanym semaforem. Chyba każdy zna tą nieprzyjemną sytuację, że idzie po kamiennych schodach, obok kamiennych posągów ufundowanych przez pracowników PKS, lub starostwo powiatowe w czymś, a tu nagle wyjeżdża pociąg. Tutaj będziemy bezpieczni, pociąg zatrzyma się na półpiętrze.

 

DSC05191

 

Jeśli tego mało, to można też odwiedzić betonowego Tupolewa. Tak, gdzieś pośrodku niczego, pomiędzy lamami, owcami świętego Jakuba, budowlą z semaforem, setkami Jezusików i Maryjek, wycieczkami emerytowanych turystów, stoi on: biały, majestatyczny, ze znanymi osobami spoglądającymi na nas przez okienka…. chociaż bez pilota. Jeśli zastanawiacie się czy ludzka wyobraźnia ma jakieś granice, to jest miejsce z odpowiedzią.

 

DSC05157

 

Dużym plusem jest to, że wszędzie da się wejść za darmo. Jako ludzie, którzy nie odpuszczą żadnym schodom, mijamy 3-metrowego Dżizasa, który wita nas rozłożonymi rękami, wdrapujemy się na budowlę i znajdujemy jedną z najlepszych panoram okolicy. Można pojechać palcem po horyzoncie i wyznaczyć dalszą trasę.

 

DSC05172

 

Kilka fotek, aby uwiecznić ten znaleziony trochę przypadkiem obiekt i ruszamy dalej. Już nigdy jednak nie będziemy tacy sami po tym co zobaczyliśmy.

 

DCIM101GOPROG0475874.

 

Gdy ruszamy ponownie nad głowami pojawiają nam się setki ptaków. To znak. Znak, że postąpiliśmy niegodnie śmiejąc się w tak wyniosłym miejscu i czeka nas rychła zagłada. Coś w tym jest, bo słońce grzeje niemiłosiernie, a sklepu z chłodnym piciem jak nie było, tak nie ma. Myślę, że jak padniemy to nas zjedzą. 

 

DSC05142

 

Zalew Brodzki

Może z punktu widzenia kolarskiego nie jest to punkt obowiązkowy, ale jeśli pokonujemy pętlę w upale to jest to zdecydowanie najlepsze miejsce, aby urządzić strefę bufetu. W szczególności po wschodniej stronie, gdzie graniczy z małym jeziorkiem, o wszystko mówiącej nazwie: Oczko. Po drodze mijamy kilka rozbitych na dziko camperów z namiotami co podsuwa nam pewien pomysł na kolejną wycieczkę…

 

DCIM101GOPROG0425739.

 

Drogi takie puste

Zawsze myślałem, że to na Słowacji jest niewielki ruch. Pokonując pierwsze 80 kilometrów minęło nas może z 5 samochodów. Ludzi w zasadzie też niewiele więcej. Jest pole, ładne asfalty, czasem jakieś drzewa, wioska i w której ludzie gdzieś się pochowali. 

 

DCIM101GOPROG0405654.

 

Ma to niewątpliwie wiele zalet ale też pewne wady, szczególnie te, o których wspomniałem już powyżej. Nie polecam się zapuszczać w tamte rejony bez dwóch bidonów i telefonu komórkowego. Stwierdzenie „w najbliższym sklepie robimy przystanek” oznacza, że zatrzymamy się w przedziale czasowym od 5 do 90 minut.

 

DCIM101GOPROG0375465.

Za górką czai się zjazd i…. górka

Przyznam, że nie wiem kiedy nabiliśmy te 2 kilometry w pionie. Większy podjazd na trasie jest jeden, stromy też jeden. Analizując jednak trasę, widać że płaskich odcinków było niewiele. Prawie każde wzniesienie da się pokonać samą siłą rozpędu (no dobra, niektóre), gdyż są bardzo płaskie, ale częste i dość strome.

 

DSC05236

 

Okolica  przypomina trochę Mazury, tylko zamiast jezior są większe górki, lub Kaszuby. Jest jednak zdecydowanie puściej niż w obydwu tych miejscach. Nie ma też zbędnej infrastruktury rowerowej, dzięki czemu przemieszczamy się wszędzie po dobrej, asfaltowej nawierzchni. 

 

DSC05097  

Hambuks dla wytrwałych

JOHN BURG – miejsce które polecam w drodze powrotnej. Znajduje się w galerii Echo, którą mijamy w Kielcach. Otwarty bar sałatkowy, przyzwoite ceny i solidne porcje mięsa to jest właśnie to czego nam trzeba po całym dniu pedałowania. I szczerze współczuję każdemu miejscu, które ma formułę „open” w momencie, gdy wpadają do niego kolarze.

 

DSC05244

Track:

 

 

 

 

 

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.