Hop Cycling - Nierzetelne testy, męczące trasy, przepłacone rowery, niepotrzebne gadżety.

Rowerkowe Mistrzostwa Świata, czyli z przedszkolakami też nie mam szans

Kiedy myślisz, że amatorski sport w stolicy nie może być już bardziej poważny i że wszechobecna napinka oraz zorientowanie na wynik, dawno prześcignęło sportowe elity, a każdy kolarz to spalacz, zjawiają się one:

 

Rowerkowe Mistrzostwa Świata – Czelendż 70,3m i 16”

W życiu staram się spróbować różnych sportów, ale od kilku lat większość z nich ma większy lub mniejszy związek z rowerami. Tworzę w ten sposób listę dyscyplin, w których na pewno nie zostanę mistrzem świata. Po tym weekendzie, spokojnie mogę dopisać kolejny punkt: jeżdżenie na rowerkach z 16-calowymi kółkami. Bo, mimo że jakby stworzone dla mnie, jakoś to nie pykło i nadzieje prysły. Dodatkowe, boczne kółka zapewniają zarówno stabilizację w zakrętach, jak minimalizują ryzyko złapania gumy. Tu liczy się tylko bezwzględna moc w nodze! …no i kadencja …i trochę techniki …i sprytu. I w sumie okazało się, że jest to sport zupełnie nie dla mnie.

Nie wiem jak to się stało, że jest to już czwarta edycja wyścigu, a ja o nim nigdy wcześniej nie słyszałem. Ba, mało brakowało, a i tym razem bym go przegapił. Złośliwi mogliby powiedzieć, że to przez powiązanie mistrzostw z piękną dyscypliną jaką jest triathlon. Jak się ma triathlon do kolarstwa wszyscy wiedzą.

Chciałem nawet przed startem pożyczyć sobie piankę i kask aero, ale nikt ze znajomych nie miał takich wynalazków. Chyba powinienem być z nich dumny ;-)

 

 

 

Wpisowe z imprezy zostaje przekazane w 100% Fundacji SYNAPSIS, na wyprzedzanie autyzmu u maluchów, w ramach Programu Wczesnego Wykrywania Autyzmu „Badabada”.

I to jest doskonała wiadomość, bo nie dość, że będziemy się dobrze bawili, to jeszcze na coś się przydamy ludzkości. Bo powiedzmy sobie szczerze: nasze nabijanie kilometrów nie przykłada się jakoś szczególnie do wprowadzania cywilizacji na kolejne poziomy.

 

Spokojnie, nikt nas nie zauważy

Wydarzenie nie cieszy się szczególną popularnością. Szkoda, mam nadzieję, że po tym wpisie oraz nieco lepszym wypromowaniu wydarzenia w przyszłym roku, uda się z robić z niego coś większego. Naoglądałem się w internecie filmów z takich wydarzeń i postanowiłem się przebrać jakoś śmiesznie. Problem w tym, że z niewiadomych mi powodów, nie mam w domu śmiesznych kostiumów. Dobry pretekst, aby udać się teraz na aliexpress. Ubieram więc wysokie skarpety, chińską koszulkę z Kubusiem Puchatkiem i białe spodenki (kto to wymyślił?!), po czym wskakuję na holendra. Panda przywdziewa firmowy strój SZOSY, żeby wyglądać pro i odstraszyć rywali. Nie wiem jeszcze, która strategia jest lepsza. Wyglądam jak ostatni trzep, ale tłumaczę Pandzie, że spoko – będą sami swoi, a przez miasto przejedziemy sprawnie, w ciemnych okularach. Na miejskich rowerach nikt nas nie rozpozna.

 

 

Na miejscu wpadamy od razu na TVN i TVP. Minutę później stoimy przed kamerami udzielając wywiadu. Brawo ja. Dobrze, że telewizja to nie internet i materiały raz obejrzane, przepadają na zawsze. Bo tak jest, prawda? Przecież jak to się dobrze zindeksuje w Googlach i taki materiał będzie wyskakiwał każdemu, kto wpisze moje imię i nazwisko, to moja kariera przepadnie.

 

Kobieta mnie bije! …znowu

Wbrew oczekiwaniom, trasa była ciężka – pokonanie ponad 70 metrów zajęło mi około 15 sekund. Po ostatnim wyścigu w Jeleniej Górze jestem przyzwyczajony do przegrywania i bycia objeżdżanym przez dziewczyny. Tutaj także, gdyby istniała na przykład kategoria „dziewczynki, o wzroście poniżej mojego pępka”, w dalszym ciągu bym nie wygrał. Zwyciężczyni wklepała by mi ponad 4 sekundy, co przeliczając na rating z wyścigów MTB daje mi jakieś 70%. Oznacza to, że przy 11 sektorach startowych, byłbym w 7. Analizując czasy osób, które były za mną, podejrzewam, że kolejne 2 sektory składały by się z dzieci, które w ogóle nie wyruszyły, a ostatnie dwa to byłyby dyskwalifikacje.

 




 

Bo w wyścigu na małym rowerku najtrudniej jest ruszyć. Pomijając nawet problemy fizjologiczne u osób z długimi nogami oraz techniczne (widać tu procentujące doświadczenie z ubiegłych edycji u osób, które na starcie się odpychały). Potem to już jakoś jedzie. Powiem więcej – jedzie całkiem nieźle i gdybym miał bliżej do pracy, mógłbym to rozważyć. Możecie mi wierzyć na słowo, nawet najdroższy Cipollini nie przyciąga takiej uwagi jak różowy Kross Majki, wyposażony w koszyczek z przodu i frędzelki przy kierownicy. Miałem niezbyt miłe uczucie, widząc jak przekracza kadencję 100, że istnieje pokaźna liczba ulic, na których przegrałbym taki pojedynek, nawet będąc wyposażonym w 28 calowe koła.

Sama trasa była bardzo dobrze zabezpieczona. Brak ruchu samochodowego, brak niebezpiecznych skrzyżowań, nawierzchnia z kostki dodającej kolorytu do ścigania. Niebezpieczne fragmenty w postaci dwóch studzienek kanalizacyjnych zostały skutecznie oznaczone kwiatkiem, a jednocześnie robiły za podjazdy, dzięki czemu nie było całkiem płasko (łączna liczba przewyższeń oscyluje w granicach 10cm, co na tak krótkiej trasie jest solidnym wynikiem na Mazowszu). Do tego na starcie (oraz obok mety, bo w sumie to obok) zlokalizowany był bufet z napojami, ciastem i owocami. Tym razem wyjątkowo nie liczyłem jak dużo trzeba zjeść, aby start się zwrócił (ani dosłownie, ani w przenośni).

Że na miejscu będzie Maja Włoszczowska wiedzieliśmy już przed startem. To miał być TEN dzień. Dobrze się przygotowaliśmy. Dzień, w którym mój honor do mnie powróci po tym, jak został zakopany tydzień temu gdzieś w jeleniogórskim błocie. Dzień, w którym damska drużyna KROSSa zostanie wiele sekund za mną. Ustaliłem rano sam ze sobą, że mimo kilku znanych nazwisk dojeżdżam na metę pierwszy, a Panda walczy z Majką o zaszczytne, drugie miejsce. 3 dni pakowania węgli musiało przecież zaprocentować. Miny trochę nam rzedną, gdy na start podjeżdża również samochód CCC z czasówkami na dachu. Cóż, wyszło jak zwykle.

 

 

W przyszłym roku do przygotowań biorę się miesiąc wcześniej. Zaraz siadam i skrobię maila do Decathlonu, aby wyprodukowali jakieś lekkie, karbonowe 16-calówki, z bocznymi kółkami i biorę je na testy. Zgodnie z moimi obliczeniami, po dołożeniu do tego odpowiednio obcisłego stroju oraz aero-kasku, mam w przyszłym roku poważne szanse na pudło. Trzeba tylko potrenować ruszanie, wysoką kadencję oraz odpowiednie argumenty dla sędziów.

Strategia jest prosta i u każdego taka sama: od startu w trupa. Panda tak bardzo stara się wygrać, że dobiegając do rowerka psuje sandałka. Do końca dnia chodzi boso. Jeśli śmiesznie wyglądaliśmy jadąc na Pole Mokotowskie, teraz wyglądamy jeszcze gorzej.

 

Rozentuzjazmowany tłum (4 razy pisałem ten nagłówek)

Doping kibiców licznie obsadzających całą trasę był przytłaczający. Nie widziałem jeszcze w naszym kraju zawodów, w których na jeden metr trasy przypadałoby tylu pasjonatów rowerowych. Nawet na torze kolarskim. Jeśli przed Tobą, po obu stronach jezdni, stoją dziesiątki krzyczących osób, możliwości są dwie:
– jesteś Lancem Armstrongiem wspinającym się pod Sestriere
– jesteś Cersei Lannister spacerującą nago przez miasto.

Widać, że dzieciaki oglądają w telewizji różne rzeczy i część niesiona była przez doping, a część stanęła sparaliżowana.

 

 

Jak to mawiają blogerzy i osoby, które nie wygrywają: cenne doświadczenie zostało zebrane, na pewno zaprocentuje w przyszłości. Gdybym na fejsbuka wrzucał swoją głowę w sponsorowanym poście po każdym wyścigu, opis brzmiałby tak:
„Dzisiaj ciężkie 70,3 metra w mocno obsadzonym elitą wyścigu. Strata zaledwie 9 sekund do zwycięzcy. Chyba nieźle, co? JEST MOC! W przyszłym roku jadę po zwycięstwo. Dziękuję wszystkim za wsparcie… 17 hasztagów”

Jakby tego było mało, zapomniałem włączyć Stravy. Do dzisiaj nikt nie założył tam segmentu, a przecież małe dzieci nie wrzucają swoich tracków. Zmarnowany potencjał. Kudosy przepadły bezpowrotnie.

 

 

Z tego co pamiętam, aby wygrać cały czelendż, trzeba było zejść z czasem poniżej 6 sekund. Daje to średnią 42km/h, czyli dokładnie tyle, ile ma peleton na niedzielnym Rondzie. Tylko że wliczając start, który mi zajął dokładnie tyle, co zwycięzcy cała trasa. Zastanawiacie się jak to możliwe, skoro rozpędzenie tych piekielnych machin trwa subiektywnie z pół dnia? (hamowanie zajęło mi tyle samo, zejście z kadencji trzycyfrowej, przy tak krótkiej korbie nie jest proste).

 

Zasady są proste

Jeśli masz dziewczynę i grasz z nią czasem w domu w jakąś grę to zasady już znasz (jeśli jesteś dziewczyną, znasz je tym bardziej, a jeśli nie, a mimo to ciągle wygrywasz, spróbuj je wydedukować ;) ). Załóżmy, że w chińczyku został Ci ostatni pionek i 4 pola do pokonania, aby zmieścić się w domku. Rzucasz kostką, wypada czwórka – pierwsza reakcja: euforia, 3 sekundy później konsternacja, bo cóż teraz zrobić? Twój pionek nieopatrznie rozpoczyna kolejne okrążenie i pewnie znowu przegrasz. Bo pisane reguły gry są jasne i przejrzyste. Te niepisane, znane tylko wtajemniczonym mówią, że niezależnie co zrobisz – nie wygrywasz.

W Rowerkowych Mistrzostwach Świata jest podobnie. Czasem dostajesz 10 sekund kary, czasem 10 bonifikaty. Czasem musisz robić pompki albo przysiady, a czasem dobiec do rowerka, gubiąc po drodze buta.

 

 

Główna zasada jest prosta i znana każdemu szosowcowi, który startuje czasem w wyścigach Masters. Niezależnie od tego, co stanie się na trasie, decydujący głos ma sędzia. Nieważne, który przyjechałeś – sklasyfikowany zostajesz na miejscu, które podaje sędzia. Z tą różnicą, że możesz poprosić o zmianę czasu i pewnie przyniesie to efekt. To element wprowadzający trochę losowości, ale nadający jednocześnie dodatkowy poziom ekscytacji.

 

I have a dream today!

Od czasu do czasu trafiamy na imprezę, o której, dzięki kibicom i startującym, ciężko zapomnieć. Tak było na przykład na mistrzostwach Polski w CX w Lublinie. Zawody jak każde inne, a jednak tłum na trasie i doping niosący zawodników sprawił, że było w tym coś wyjątkowego. Rowerkowe Mistrzostwa Świata miały w sobie to COŚ. Tę namiastkę uczucia, które sprawia, że ludzie stojący na epickich podjazdach podczas Tourów krzyczą do swoich idoli. Takie chwile dają nadzieję, że pewnego dnia wyczynowe kolarstwo przestanie być u nas sportem niszowym.

 

 

Czy było to najlepsze wydarzenie tej wiosny? Pewnie nie, ale zdecydowanie ma potencjał, aby w przyszłych latach pretendować do takiego tytułu. Wystarczy, że zgłosi się kilku zawodników elity więcej, przyjedzie trochę osób, z którymi na co dzień się ścigam i wezmą ze sobą rodziny. To szansa na kolarski piknik. Warto zaznaczyć, że tym razem, jakże popularna wymówka: słuchaj, nie dam rady – muszę zająć się dziećmi / posiedzieć z żoną albo mężem, nie sprawdzi się.

Bo poza dobrą zabawą oraz szczytnymi celami jest tu jeszcze jednak super-istotna sprawa. Zaszczepia chęć bycia świetnym kolarzem u tych najmniejszych. Przez chwilę mogą poczuć się jak ich tatusiowie walczący ramię w ramię na lokalnych ogórkach… z tą różnicą, że tu będą mieli kibiców ;-)

ROWERKOWE MISTRZOSTWA ŚWIATA 2018 – strzeżcie się, rozpoczynam już treningi!

 

 

PS Jeśli zastanawiacie się jak to jest, że biegałem jak głupi przy ścigantach, a mimo to ujęcia są stosunkowo płynne, odpowiedź jest prosta: Feiyu Tech Summon+, którą dystrybutor (SNOW PR Events & Communications) ściągnął specjalnie na moją prośbę, po tym, gdy testowany Zhiyun Rider-M okazał się trochę niewypałem. Tym razem mamy gimbal zintegrowany z kamerką porównywalną do GoPro, który bez problemu mieści się w kolarskiej kieszonce. O tym, jak się spisuje – już wkrótce.

 

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.


  • grunt to dobrze sie bawić ;-) .