Hop Cycling - Nierzetelne testy, męczące trasy, przepłacone rowery, niepotrzebne gadżety.

Pętla Beskidzka: dzień, w którym rzuciliśmy kolarstwo… znowu

 

Warszawa jest najgorszym miejscem do jeżdżenia na rowerze, a każdy wyścig jest najlepszym treningiem. Kropka. Formy ostatnio nie mam, bo zamiast ćwiczyć – zwiedzam. Biorąc pod uwagę powyższe punkty i fakt, że na początku lipca odbywa się jeden z najlepszych, polskich wyścigów w górach – Pętla Beskidzka, plan na weekend był raczej oczywisty: Kilka godzin w aucie, kilka godzin spania, kilka godzin ścigania, kilka jedzenia, kilka spania znowu, kilka jeżdżenia znowu, kilka wracania. W poniedziałek rano, jak zwykle siadamy w pracy z myślą, że w końcu można odpocząć po weekendzie, a do kolejnego wyjazdu w góry  (Tatra Road Race) pozostały jeszcze ze 4 dni, więc może nawet pranie zdąży się zrobić.

 

DSC04319

 

Ciepło, cieplej, Beskidy.

Nie wiadomo do końca jak to się dzieje, ale na Pętli jest zawsze ciepło. Czasem normalnie ciepło, czasem bardzo ciepło… tym razem jednak trochę przesadziło. Było mnie więcej tak ciepło, jak w momencie, gdy otwierasz piekarnik, wsadzasz do niego szybko głowę żeby powąchać ciasto, ale zapominasz, że termoobieg jest cały czas włączony. Gdy budzę się w sobotni poranek, są okolice południa – jasno, słońce wysoko, temperatura w okolicach 25 stopni… a zegarek pokazuje godzinę 5:30. Pojawia się pierwszy problem, który nie pozwala zasnąć – jaki dystans wybrać. Nie pamiętam kiedy ostatnio przejechałem 150km, więc ostatecznie decyzja pada na 60km krótszą jazdę po pętlach, przewyższenia podobne. Podczas kręcenia się w kółko powinno być więcej atrakcji na trasie, a brak samochodów wydaje się dość znaczącym udogodnieniem. Niespodziewanie, większość znajomych wybiera dłuższą opcję. Chowamy pakiety startowe składające się z jedzenia, bidonu i kilograma katalogów za śmietnikiem na mecie. Szkoda, że nie załapaliśmy się na skarpetki – poprzednie, promujące Pętlę, podarły się w wypadku.

 

DCIM100GOPROG0047390.

 

Dojazd na pętle, czyli śniadanie jedzone po raz drugi.

Sam wyścig przebiega dokładanie tak samo jak co roku, przynajmniej z mojego, położonego w połowie stawki, punktu widzenia. Jest mniej-więcej 5. kilometr, podjazd pod Zameczek ciągle trwa. Tak subiektywnie, to chyba trwa już z pół godziny. Spora grupa ruszająca spod skoczni rozciągnęła się i tłok zniknął. Zgodnie z planem, na siodełku siedzę od 10 minut (obiektywnie), a poranna bułka z bananem i dżemem znajduje się już w miejscu, w którym znowu ma smak. To różnica między bieganiem, a kolarstwem. Zamiast w stałym tempie, 155 drobnych ruchów na minutę, przesuwać się tak, aby cel osiągnąć po około 40 minutach, bułka podjeżdża wraz ze mną na podjazdach, a potem zjeżdża w dól… chyba, że koło złapie poślizg na jednym z ostrych zakrętów, wtedy idzie jej to szybciej. A o to jest nietrudno. Trasa dość radośnie miejscami pokryta jest piachem lub żwirem. Z każdym kolejnym okrążeniem z lekka się oczyszcza, jednak żniwo zostaje zebrane. Chłopaki czyszczą ją biodrami.

 

DCIM100GOPROG0057750.

 

Uroku dodają również kanałki melioracyjne w poprzek drogi (niby w poprzek, jednak pod takim kątem, aby udało się wjechać w nie oponą). Przy prędkościach w okolicach 70km/h na stosunkowo wąskich i krętych szlakach potrafią zaskoczyć. 2 lata temu, po uderzeniu w jeden z nich, urwał mi się uchwyt od GoPro na kierownicy. W tym, przez chwilę myślałem, że urwał mi się nadgarstek.

Po drodze mijam kilka osób, które wylądowały w rowie. Mijam też kilku, którzy trochę poobijani, ale turlają się do mety. Niektórzy z nich jadą jedną ręką, bo druga – pościerana – nie działa:

 

DCIM100GOPROG0087923.

 

Okrążenie pierwsze – jestem hardcorem.

Moje obawy o formę, mimo braków treningu, okazały się niesłuszne. Tętno co prawda skacze w kosmos, zadyszka jest, ale jednak nie głośniejsza niż innych. Na zjeździe znowu jestem świeżakiem, pełen relaks. Jadę z kolegą, na zjazdach mi znika, na podjazdach doganiam. Taką techniką wyprzedzamy trochę osób. Pierwsze okrążenie mija całkiem nieźle. Szybko uświadamiam sobie jednak, że jadąc w dół nie mam nikogo na kole, a ostatnia grupę widziałem dawno temu. Nici z fajnych zdjęć na trasie. Mogę się skupić na pedałowaniu.

 

DSC04322

 

Okrążenie drugie – pierwsza rysa na honorze

Kulamy się dalej. W dalszym ciągu jest super. Zjazdy wychodzą coraz lepiej, nawierzchnia coraz czystsza. Jedziemy szybko jak błyskawica. Jak Tomy Lee Jones w „Ściganym”. Jak na wyprzedaż Crocsów w Lidlu lub ostatnie wolne miejsce w tramwaju na Wołoskiej. Na podjeździe pod Kubalonkę wsiadamy dwóm osobom na koło i wieziemy się jak szefowie… przynajmniej do momentu, gdy odkrywamy, że są to dziewczęta. Na tym fragmencie nie ma jednak fotografów, dowozimy się więc za nimi niczym ninja na sam szczyt i jak prawdziwi bohaterowie, szlachetni księciuniowie z bajki, odjeżdżamy im na zjeździe.

W tym miejscu wypadałoby wspomnieć, iż potem panią z Rometa widziałem jeszcze nie raz. Szczególnie przykry był widok, gdy oddalała mi się na horyzoncie – tym razem przede mną.

 

DSC04331

 

Okrążenie trzecie – koniec rumakowania

Na początku okrążenia Adam, z którym jechałem, znika na zjeździe. Widzę jego plecy oddalone o kilkanaście metrów, potem kilkadziesiąt, potem już tylko oczami wyobraźni. Zaczynam oglądać swój napęd w czasie jazdy, bo jak to możliwe, że podjazdy na których jeszcze niedawno osiągałem zawrotne 18km/h teraz „pokonuję” z prędkością jednocyfrową. Nic jednak nie ociera, powietrze jest, szprychy na miejscu. Czy to możliwe? Skończył się prąd? Rozpoczynam żelowo-galaretkową ucztę. W zasadzie wszystko co miałem w kieszonkach stało się żelowo-galaretkowe. Z głowy kapie pot. Po raz pierwszy zostawiam znajomym na trasie bidon do uzupełnienia. Nie wiem czy dało się to przejechać korzystając tylko z kubeczków, które podawali na bufecie na szczycie Stecówki. Na dystansie Maraton, chłopaki stawali na stacji benzynowej, aby uzupełniać zapasy. Jest sucho. Sucho i ciepło.

 

DCIM100GOPROG0077921.

 

Bidony stają się prawdopodobnie najbardziej pożądanym wyposażeniem w okolicy. Przypomina mi się, że za tydzień startuję w Tatra Road Race. Może jeszcze za nie nie zapłaciłem? Może odwołają? Może wydarzy się coś dzięki czemu nie będę tam w stanie pojechać? Przecież łatwiej nie będzie… po co to wszystko?

 

DCIM102GOPROG0099345.

 

Okrążenie czwarte – sens życia się zatraca

Nie mam sensownego powodu, aby się wycofać. Każdy pokonany kilometr przeliczam sobie na kawałki pizzy w pizzerii Colorata w centrum Wisły. Odwiedzamy ją zawsze będąc w okolicy – jest duża, nie wiem czy dobra, ale duża na pewno. To jest zawsze główne kryterium podczas pobytu w górach. Wyprzedzają mnie piesi, matki z dzieckiem, niewielkie zwierzęta, kurz niesiony przez wiatr. Swoistym sukcesem wydaje się, że przemieszam się do przodu, mimo że jest podjazd.

Jednak żeby jeździć, trzeba jeździć. Szczególnie jeśli trasa ma około 4 godzin. Jak ktoś jest dobry to ma łatwiej – jedzie krócej. Ja jadę tak długo, że rzucam kolarstwo, chyba po raz pierwszy w tym sezonie. Rezygnuję z Tatr, to nie ma sensu. Zacznę biegać… albo grać w badmintona… albo w farmę na fejsie – będę prosił znajomych o deski, aż mnie zablokują. Potem znajdę innych znajomych.

 

DSC04272

 

Okrążenie piąte – ciemność widzę. Widzę ciemność i rozmytość.

Byłem pewien, że każdy mój zjazd będzie coraz szybszy. Nie był. O ile na czwartym okrążeniu robił się już wieczór, to piąte jadę w nocy. Po 3 piwach. Na zakrętach zwalniam bardziej niż zwykle – zbliża się wyjazd na Tour de France, nie chcę dostać miejsca dla inwalidy w samolocie. Chociaż każdy szlif jest dość dobrym otwieraczem rozmowy w kolarskim towarzystwie. Na ostatnim podjeździe mijają mnie znajomi z długiego dystansu. Jadą w drugą stronę, na mecie już byli. Zanim przypominam sobie, że startowali godzinę wcześniej, rzucam kolarstwo po raz trzeci tego dnia. 

Najgorsze jest jednak co innego. Uświadamiam sobie, że gdyby zsumować izotoniki które wypiłem, żelki, galaretki, batoniki, które z nudów zjadłem po drodze, okazałoby się, że chyba nie zasłużyłem na pizzę. Trudno, będę jadł na kredyt.

 

DSC04304

 

Koniec. Impreza paralityków

Dojeżdżam na metę. Impreza trwa już na całego. Przypomina to skrzyżowanie zlotu indwalidów iIMG_1303 paralityków z ludźmi bez ochoty do życia. Wszyscy rzucamy kolarstwo, mamy dość. Gdybyś kiedyś chciał kupić high-endowy rower za 200zł, to to jest właśnie to miejsce. Wystawiasz baner „zamienię szejki waniliowe na rower” i wracasz do domu z pełnym bagażnikiem dachowym. 

 

Skurcze, odwodnienie, zmęczenie, zniechęcenie, a w dodatku znowu wygrała tylko jedna osoba. Wszyscy inni przegrali. Przyjechałem gdzieś w połowie stawki – zupełna nuda. Wszyscy mamy dość. Wszyscy mówimy, że nigdy więcej i że odstawiamy rowery i siadamy przed TV. Mija ze 40 minut zanim opuszczamy linię mety. Tyle mniej więcej zajmuje nam wypełnienie brzucha coca-colą i arbuzem.

Postanawiamy zacząć spędzać czas z rodziną, na łące, zamiast na polu walki. Walki samego ze sobą, bo im więcej mam doświadczenia, tym bardziej wiem, że nie mam szans – szczególnie w górach. Bo tu nie chodzi o urywanie kolegów, o pokonywanie siebie, o udowadnianie czegoś. Nawet medali nie ma w przeciwieństwie do biegania. W zasadzie to nie wiem o co chodzi, ale to po prostu wciąga. Wciąga bez zbędnej filozofii. Jak mówi znana, polska myśl szkoleniowa:

 

„Słabi się muszą zaje*ać, silni muszą przetrwać”

 

i chodzi właśnie o to, by być wśród tych silnych. Oczywiście można być słabym i szczęśliwym… ale po co?

 

IMG_1309

 

Potem przyjeżdża Sylwia – druga open na dystansie maratonu. Niecałe 7 godzin jazdy. Mówi, że najlepsza trasa ever. IMG_1331Że super widoki, że zjadła po drodze batonika, więc nie jest głodna. Bidonu też nie chce, bo piła po drodze. Wjeżdża na metę z uśmiechem. Dobrze, że tylko ja to widzę, bo to depresja jakaś. Panowie z obsługi biją brawo. Balony, trąbki, fąfary… a może to po prostu te żele w brzuchu dają o sobie znać.

Rozjeżdżamy się wszyscy do domów, pod prysznic. Potem pizza i grill. Idziemy spać ze 3 godziny później niż zwykle, bo po 22. Mamy dość rowerów.

Następnego dnia, koło 8 rano, większość z nas spotyka się znowu na trasie wyścigu, tym razem na czasówce…. 

 

 

DCIM103GOPROG0110282.

 

 Niedziela – dzień dyszenia.

 

Czasówkę odpuściliśmy. Z aktualną wydolnością dorobiłbym się zawału w połowie dystansu… czyli gdzieś w okolicach pierwszego kilometra. Wpadamy jednak popatrzeć, jak cierpią inni. Pokibicować, powspółczuć. Przecież dobrze wiemy, że i tak większość z nas zobaczy się za tydzień w Tatrach. W podobnych okolicznościach przyrody. Znowu będziemy rzucali kolarstwo. Gdzieś w tygodniu pewnie uda się zmieścić ze dwa lub trzy treningi lub przejażdżki. Na które zupełnie nie będzie nam się chciało iść. Gdyby nie pranie, torba mogłaby leżeć nierozpakowana przez cały sezon. Albo dłużej, bo od kiedy odkryliśmy zimowe jeżdżenie przełajami po górach, nawet w śniegu nie da się odpocząć.

Bo powiedźmy sobie szczerze, kolarstwo jest ciężkie. 

 

DSC04265

 

Jest nawet bardzo ciężkie, a do tego trwa długo.

 

DSC04246

 

 Na szczęście, każdy weekend ostatecznie kończy się dobrze. Najlepiej nawet.

 

DSC04370

 

Koniec końców, serdeczne gratulacje również dla kolegów Ośki Warszawa, którzy opędzlowali drugie i trzecie miejsce na długim dystansie. Jak widać, da się ćwiczyć na płaskim i jeździć dobrze w górach.

 

DSC04219

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.