I don’t want to talk
About the things we’ve gone through
Though it’s hurting me
Now it’s history
I’ve played all my cards
And that’s what you’ve done too(…)

The winner takes it all
The loser standing small

~Abba

 

Najgłupszy pomysł tej zimy

Kolarze nie lubią schodów. Jest nawet takie powiedzenie: „jeśli możesz się oprzeć, to się oprzyj. Jeśli możesz usiąść, usiądź. Jeśli możesz się położyć, połóż się”. Wiele miałem już dziwnych pomysłów, ale ten był zdecydowanie najgorszy. Dla człowieka, który biega sporadycznie, a schody omija, gdy tylko może, wizja chodzenia przez dobę jest bardziej abstrakcyjna niż przejechanie 600km rowerem. Do Marriotta mam jednak sentyment, pracowałem w tym budynku dwa lata. Cel był prosty, wejść 65 razy na szczyt hotelu. Mimo braku oficjalnej klasyfikacji, od momentu zapisania się, głęboko wierzyłem w to, że zrobię to jako pierwszy (wykręcenie największej ilość wejść w ciągu doby, za którą była jedyna nagroda, porzuciłem już na dzień dobry). W ten sposób planowałem skrócić czasowo tą nieprzyjemną czynność.

 

Kiedy możesz leżec, leż

Kiedy możesz leżec, leż

 

 

Idę tam gdzie idę, nie idę gdzie nie idę
Idę tam gdzie lubię, nie idę gdzie nie lubię

~Kazik Staszewski

 

Plan został szybko zweryfikowany. Na miejscu okazało się, że wśród startujących jest cała masa ultramaratończyków, biegających wyścigi po 100-200km. Ale co zrobić: cel to cel. Jak zacząłem chodzić sprawnym tempem o 8.00, tak z jedną, minutową przerwą na siku, skończyłem po północy. Od mniej-więcej połowy dystansu zatrzymaliśmy się z kolegą w pierwszej trójce i tak zostaliśmy już do końca. Ciężko napisać jakąkolwiek relację z wydarzenia, które polega na chodzeniu w kółko, w dodatku bez bezpośredniego czynnika współrywalizacji. Z ciekawszych wydarzeń:

  • Gdzieś w okolicach popołudnia organizatorom skończyło się picie – dobrze, że miałem 30 litrów zapasu swojego. Połowę rozdałem.
  • Tak bardzo chciałem szybko skończyć te wchodzenie, że nie załapałem się na obiad w restauracji. Miałem na szczęście milion kanapek, bananów i batonów – połowę rozdałem: nie było bufetów na trasie
  • Koło godziny 10 rano zrobił się nieprzyzwoity tłok przy windach. Dodatkowo, zaczęły się przegrzewać (zima, okres robienia masy) i została tylko jedna działająca. To spowodowało, że przez kilka godzin czas wejścia oscylował w okolicach 8 minut, a zjazdu ~20 minut.
  • Reporterzy jak zwykle nie zawiedli. Myślałem, że nie ma lepszego pytania niż „Czy ciężko było wygrać?„. Wszyscy, nieważne TVN, TVP, czy moja ulubiona Superstacja, mieli taki komplet wywiadowy: „Dzień dobry, które to dla Pana piętro. Aha. Czyli ile jeszcze zostało? Ok, dziękuję” :) Raz co prawda zostałem zaskoczony, bo zamiast „ok, dziękuję” padło: „a do ilu?”.

 


54c376ed15832_gd

„Halo baza, daleko jeszcze?” © Szymon Starnawski, warszawa.naszemiasto.pl


 

But I would walk 500 miles
And I would walk 500 more
Just to be the man who walks a thousand miles

~The Proclaimers

 

Samo wchodzenie okazało się mniej męczące psychicznie niż myślałem. Pierwsze 5 pojawiło się po godzinie. Potem do 20 korki i kolejki. W połowie zrobiło mi się już wszystko jedno i między 30 a 45 szło się luksusowo i właściwie bez zmęczenia. Problemy zaczęły się pod koniec: kilka ostatnich wejść było ciężkie. Nawet bardzo. Wydaje mi się nawet, że nie udałoby mi się wykonać jeszcze jednego lub dwóch bez udania się na półgodzinny odpoczynek – chyba wycelowałem idealnie. Miałem oczywiście przygotowany plan wchodzenia, dzięki któremu nie musiałbym się zastanawiać czy idę za szybko, czy za wolno. W górę w drugiej strefie (Z2), w dół: w pierwszej (Z1). Oczywiście wszystko to krew w piach i tętno wyglądało tak:

 

hr4

Niby faktycznie większość spędzona tam gdzie być powinienem, ale te 30% w Z3 i Z4 to jednak 5 godzin. Na wykresie dość dobrze widać, jak duży wpływ na zmęczenie miało obłożenie wind, a co za tym idzie – częstotliwość wchodzenia. Od około 10. h, ludzi ubyło. Czas na regenerację się skrócił, więc tętno nie spadało już tam gdzie dawniej. Nie dałem też rady wchodzić na tak wysokie jak na początku. Gdzieś koło 7. godziny widać efekt zepsutej windy. Strava przypisała tej aktywności Suffer Score: 1454, określany jako Epic i wątpię, abym wiele razy w życiu go przekroczył.

 

hr2

 

 

 

Nie wiem co powiedzieć o Marriott Everest Run. Cieszę, że ukończyłem, ale podsumować go mogę tak jak zwykle: „Było fajnie, ale nigdy więcej…. a przynajmniej nie przez najbliższe pół roku”. Co ciekawe, poza ogólnym zmęczeniem nie dorobiłem się nawet żadnej, większej kontuzji. Świadomy tego, że prawdziwy zmęczenie przychodzi nie dzień po, a dwa dni, wstrzymałem się z tym wpisem. Ze zdziwieniem przyznaję, że pomimo snu trwającego ponad 15 godzin i minimalnych zakwasów w pośladkach, jestem jak nowy. W sobotnią noc nic na to nie wskazywało, gdy o godzinie 3:15 siedziałem w aucie z dwoma kebabami w ręce i zastanawiałem się czy dam radę dojść do domu czy może jednak nie ryzykować.

Ostatecznie na szczyt „dobiegłem” jako drugi… czyli pierwszy, który nie wygrywa.

Kluczową rzeczą, która nasuwa się patrząc na tę relację jest: „PO CO?”. Nie toleruję tego pytania, a zadawanie go uznaję za przejaw ignorancji. Postaram się niedługo o tym napisać… Tymczasem kawałek filmu, przedstawiający jak wyglądało jedno wejście (świadomy jestem błędu w napisie, ale sklejałem to w niedzielę):

 

 

 

 

 

 

About the Author:

Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.