Hop Cycling - Nierzetelne testy, męczące trasy, przepłacone rowery, niepotrzebne gadżety.

 

 “I travel not to go anywhere, but to go. I travel for travel’s sake. The great affair is to move.”

 Robert Louis Stevenson, Travels with a Donkey in the Cevennes

 

 

Beskidy, Jesioniki, Morawy

  4 dni wolnego, dawno tyle nie mieliśmy. Mimo, że pogoda nie zachęcała, postanowiliśmy wybrać się w góry. Podstawowym problemem, który nas głowił było DOKĄD. Postanowiliśmy więc pojechać w miejsce, gdzie gór nie ma, ale leży w możliwie równej odległości od kilku pasm. Rybnik – wszędzie daleko: Beskidy, Jesioniki, Morawy, Tatry. Analizując pogodę, udało nam się wybrać tak, aby ominąć zapowiadane burze. W większości nam się to udało.  

Doba 1. 152 km

Zaczynamy od pętli, którą pokonuję wielokrotnie w ciągu roku. Ruszając z Wisły, jedziemy przez Koniaków do Żywca. Potem góra Żar i przez Magurkę i Salmopol do auta. Łatwo nie jest, zresztą na tej trasie nigdy tak nie jest – nieważne czy jedzie się nią zimą w śniegu, latem w słońcu,  czy tak jak my – gdzieś na granicy deszczu. Coś źle wyliczyliśmy i niestety, zamiast podziwiać i delektować się widokami musimy trochę ścieśniać tempo, bo zmrok nas goni. Na szczęście udaje się zdążyć zarówno przed burzą jak i przed zamknięciem stoisk z oscypkami. Droga nie nas niczym nie zaskoczyła. Jest tak samo fajna jak zawsze. Zmęczenie też jest takie samo.


 

Doba 2. 130 km

Drugiego dnia postanawiamy odwiedzić znajomych, którzy przyjechali w moje ulubione czeskie góry. Zazwyczaj ruszam z miejscowości Bruntal, tym razem jednak mamy trochę dalej do miejsca startu. Ale jest to tego warte. Zarówno widoki, jak i jakość asfaltów wynagradzają długą drogę dojazdową. W Czechach jest zawsze tak samo. Niby to co u nas, ale jednak drogi lepsze, ruch mniejszy, górki wyższe, trawa bardziej zielona. Standardowa pętla, zahaczająca o Pradziada, na szczycie którego zamarzamy. Jest zimniej niż zimno – szczególnie podczas zjazdu.


 

Doba 3.  137 km

Trzeciego dnia nie wiemy co zrobić, według prognoz wszędzie pada. Znajdujemy więc losowego, dobrze wyglądającego tracka na MapMyRide, wgrywamy na Garmina i ruszamy do Ostravy. Tam parkujemy pod jednym z supermarketów i ruszamy. O pogodzie ciężko coś powiedzieć, nad nami niebieskie niebo, wszędzie dookoła chmury w kolorze reklam o za słonej zupie. Czechy jak Czechy, drogi puste, równe, troche jak u nas na wsi tylko jakby lepiej, czasem jakiś kolarz. Kofola, Lentilky i festyny. Dołączam Morawy do miejsc, które zdecydowanie warto odwiedzić: mimo niskich pagórków zdarzają się nawet poważne patelnie – taka namiastka prawdziwych gór, przez duże „G”. Chmury coraz bliżej, ale ciągle jedziemy w słońcu. Ostatnie 15km to jednak kataklizm. Po 3 minutach na szczęście jest na już całkiem wszystko jedno. Przecież bardziej mokrzy już i tak nie będziemy. Wracamy w takim stanie, że nasze ubrania prawdopodobnie nie wyschną na ostatni dzień. Porzucamy więc pomysł Tatr i po przebraniu się wracamy prosto do Warszawy. Marcin ma za tydzień Bałtyk-Bieszczady, więc przyda mu się odpoczynek, a ja w niedzielę ruszam na swoją standardową pętlę, ze standardową grupą.


 

 ZOBACZ ZDJĘCIA W ALBUMIE

About the Author:
Na co dzień pracuję w IT: restartuję serwery, klikam rzeczy i pytam czy już się samo naprawiło. Czas wolny spędzam ze znajomymi na zabawie w kolarstwo. Odwiedzamy najlepsze imprezy, pokonujemy najbardziej widowiskowe trasy, jeździmy w najcięższych wyścigach. Blog pozwala mi rozwijać pasję i opisać najlepsze z przygód, abyście nie musieli powtarzać naszych błędów. Staram się trzymać niepopularnej ostatnio zasady, że liczy się jakość nie ilość.